Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Świat / Europa Środkowa i Wschodnia / Brunatny wiatr odnowy               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
Brunatny wiatr odnowy 

20-12-2005

  Autor: Marcin Małek

O  Rosji nie da się ani pisać, ani mówić rzetelnie, jeśli ta nie tkwi w nas gdzieś głębiej, jeśli jej w sobie nie nosimy, jeśli jej sobą nie odczuwamy. Kto raz usłyszy tą ledwie słyszalną nutę, kto się do niej nastroi duszą, umysłem i ciałem, ten już na zawsze będzie kochankiem ojczyzny poetów i zbrodniarzy, filozofów i głupców regulujących bieg purpurowych rzek historii. Stanie się ofiarą wiecznego przekleństwa i doświadczy nieśmiertelnej świętości.

 

 

 Bo Rosja jest dziedziną dwojakich myśli i rozszczepionych uczuć. Można ją śmiało nazwać zakładniczką dwutorowego biegu wydarzeń, gdzie wszelki akt stworzenia zrazu funkcjonuje jako zaprzeczenie własnej istoty. Ten kraj choć istnieje na mapie, choć ograniczają go jakieś ramy geograficzne, choć ma swoje granice, swój obszar, to tak po prawdzie, w pierwszym, rzędzie istnieje jako zjawisko mentalne, nawet nie rozumowe, raczej podświadome, i właśnie  z tej perspektywy należy go rozpatrywać. Bowiem Rosja to wielka wspaniała idea, taka dla której bez trudu poświęca się wszystko, nawet to co najważniejsze – wolność.

Gdy rozmawia się o Rosji, słyszy się dwie opinie. Pierwsza mówi o tym, że Rosja się modernizuje, ale ten proces musi być trudniejszy i dłuższy niż w innych krajach postkomunistycznych, dlatego trzeba przymknąć oko na dzisiejszy kryzys demokracji, ograniczanie wolności słowa, coraz mocniejszy kaganiec dla biznesu. Druga opinia mówi, że Rosja staje się coraz bardziej autorytarna, a reformy obiecywane przez Putina okazały się fikcją. 

Jeszcze za rządów Borysa Jelcyna, na świecie panowała opinia, że Rosja pójdzie drogą sąsiadów i nie będzie odstawać pod względem demokracji od takich krajów jak Polska czy Czechy. Niepokorna historia lubi jednak płatać figle. W dzisiejszej Rosji demokracja to źle kojarzące się słowo. Na moskiewskich ulicach, w metrze, w barach, nawet pod budką z piwem często słyszy się, opinię że „wszystkiemu jest winna demokracja”. Taki stosunek Rosjan do ustroju powszechnie szanowanego i uznawanego na Zachodzie jest jak się wydaje efektem głębokiego rozczarowania. Ludzie są do głębi zawiedzeni biegiem historii, która w ich mniemaniu obeszła się z nimi wyjątkowo niesprawiedliwie. Ale za to, co się stało obwiniają nie tyle historię, co tych, którzy ją tworzyli i umieli wykorzystać jej rozchwianie. Jest jakąś igraszką losu i wielką nauczką na przyszłość, że rosyjscy wyborcy wykorzystując urządzenia demokracji sami odebrali sobie do niej prawo. Świadczą o tym wyniki wyborów parlamentarnych z 1999 roku i prezydenckich, które odbyły się rok później, a także wszystkich następnych. Demokracja i liberalny model gospodarki są całkowicie zdyskredytowane w dzisiejszej Rosji, podobnie zresztą jak prawie na całym obszarze byłego ZSRR. Po wszystkich katastrofach lat 90. większość obywateli ma poczucie, że raczej przegrali, niż wygrali na skutek zmian. Dziś ludzie chcą tylko jednego - stabilności i porządku. Podobne odczucia ma zresztą także elita, która chce mieć prawo do wyjazdów za granicę i zarabiania pieniędzy wymienialnych na waluty zachodnie, ale niekoniecznie jest jej potrzebna demokracja, wolność słowa czy liberalny system polityczny. Trudno o wszystko obwiniać Władimira Putina, który jest po prostu produktem rosyjskich elit oraz masowych oczekiwań. 

Niektórzy znawcy tematu mówią, że Władimir Putin mógłby zrobić więcej. I mają rację. Owszem mógłby, ale nie jest mu to akurat na rękę. Po cóż budować wszystko od nowa, kiedy stare aż prosi się o renowację? Wszak już ponad trzysta lat temu największy z poetów wydał straszny wyrok na wszystkich bez mała odnowicieli: Rozpadła się więź czasów! (w tym miejscu specjalnie powołuje się na rosyjski przekład Hamleta różniący się od przekładów Polskich) – krzyczał szalony Hamlet. Od tego momentu słowa te są nieustannie powtarzane przez mędrców, pisarzy, poetów i mężów stanu na nieskończenie wiele sposobów. Lecz nikt do tej pory nie śmiał otwarcie przyznać, że nie ma sensu łączyć raz zerwanych ogniw, że nie ma sensu znów wprowadzać dziejów w koleinę, z której już dawno wypadły. Wszyscy próbują na nowo wskrzesić widmo dawnego szczęścia. Próbuje także prezydent Putin, ale w jego próbach czai się orwelowski kanon dwójmyślenia. Dla reszty nie zorientowanego świata może być rosyjskim Hamletem, ale dla Rosjan będzie Faustem! Dlaczego akurat Faustem? Bo w rzeczy samej pragnie tego co Faust, który przez całe życie cieszył się szacunkiem i uznaniem ludu (tak jak obecnie rosyjski prezydent), wpajał im swoją ideę ogólnego dobra, wydaje się więc, że był szczęśliwy a w istocie odczuwał niezadowolenie. Paktował z diabłem i w zamian za Małgorzatę zaprzedał wrogowi rodzaju ludzkiego duszę. Podobnie nieszczęśliwy jest Władimir Putin – jego lud, choć mu ufa i wierzy w niego i jego mowę o ogólnym szczęściu, odczuwa pewien duchowy niedosyt. Ale jest na to lekarstwo, trzeba tylko odnaleźć dla siebie taką faustowską Małgorzatę i Putin ją odnalazł. Dla niej zaprzedał swą duszę demonom przeszłości. Jego Małgorzatą stała się myśl o wskrzeszeniu Imperium. I cóż to wszystko znaczy?  A no tylko tyle, że tą jedną myślą Putin nakarmi i siebie i swój naród – zagłuszy niedosyt zmarniałych dusz. I tylko nieliczni, obserwując to wszystko z boku powiedzą – aha, w starym piecu nowy diabeł Pali.

Putin, tak jak i jego poprzednicy wyznaje zasadę, że społeczeństwo nie dość świadomie przyjmuje ofiarowaną mu rzeczywistość. Trzeba więc, aby ktoś je kontrolował, objaśniał świat i dopełniał nie uformowaną świadomość ludu. Takie myślenie może się okazać wielką iluzją. Po długiej fazie konsolidacji, po długim okresie wmawiania obywatelom, że dla Rosji zachodni model liberalny jest szkodliwy, naród może w końcu w to uwierzyć. Potwierdzają to zresztą sondaże. W rankingu najlepszych polityków XX w. zwyciężają Jurij Andropow i Leonid Breżniew. Rząd, który chce rozwoju, powinien się zastanowić, dlaczego tak jest, dlaczego ludzie tak źle odnoszą się do Michaiła Gorbaczowa czy Nikity Chruszczowa.

SMUTNY ŻYWOT POGROBOWCA

Stanisław Ciosek powiedział kiedyś, że dzisiejsi Rosjanie dźwigają na swoich plecach ogromny garb historii - ciężar który muszą zdjąć sami. Rzecz w tym, że w Rosji ten garb nikomu nie wadzi, a nawet przeciwnie, jest on - im częściej się o nim Rosjanom przypomina - powodem do „ugarbiania” wszystkich tych, w których dzieje wdarła się przemocą rosyjska idea braterstwa. Wcześniej tj. do roku 1985 nikt w Rosji (Związku Radzieckim) nie śmiał pomyśleć o tej dziedzicznej krzywiźnie, tym bardziej głośno o niej mówić. Wystarczyło, że wszyscy wiedzą, i że trzymają tą wiedzę zamkniętą w więzieniu czterech ścian własnego mieszkania.  Później, a była to już era Gorbaczowa, stary świat zaczął drżeć w posadach. Pod jego wpływem zmieniał się Związek Radziecki i zmieniali się Rosjanie. Ciche domowe prawdy z początku powoli i nieśmiało, ale jednak dochodziły do głosu. W ludzi wstępował duch odnowy; odgrzebywano stare – zdawałoby się na zawsze – utracone nadzieje. Cóż to był za czas! Niektórzy nie bardzo wiedzieli co się dzieje, ale i tak wszystkim udzielało się to charakterystyczne napięcie tamtego okresu. Coś wisiało w powietrzu, które z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc robiło się coraz gęstsze. Do słownika, niby ukradkiem, wkradły się dwa nowe sformułowania: „pieriestrojka” i „głasnost”. Niedługo też, z rangi zwyczajnych zwrotów awansowały do miana magicznych zaklęć, przy pomocy których jęto rozpraszać spiżową zasłonę kłamstwa. I mniejsza o to, jak komu to wychodziło, ważniejsze jest to, że faktycznie miały w sobie tyle siły, że za ich pomocą (parafrazując Jerzego Giedroycia) ludzie wytrącali starym demonom historii kły, czyniąc z nich bezzębne i śmieszne maszkary przeszłości. Zachód zakochał się w melodii śpiącej w literach tych słów. Po raz pierwszy spoglądano na przedstawicieli „Wschodu”, jak na ludzi, jak na braci i siostry, jak na kogoś, kto (wyjąwszy po za nawias barierę językową) nie odróżnia się zbytnio od „Zachodniej” reszty. Coraz częściej i coraz śmielej odwracano spojrzenia w stronę Zachodu, który już nie wydawał się taki znowu „zgniły”. Wszystko jednak zaczęło się dużo wcześniej, a to czego byliśmy świadkami u końca poprzedniego wieku było tylko następstwem wcześniejszych działań i zamierzeń. Tak pisał o tym prof. Norman Davies, w swojej książce „Europa”: Nie ulega wątpliwości, że sowiecki komunizm ogłosił «Zachód» ideologicznym wrogiem. Nie przeczył jednak, że jego własne korzenie tkwią w Europie i że największym marzeniem Lenina było połączyć rewolucję w Rosji ze spodziewaną rewolucją w Niemczech. A więc «zachodnia cywilizacja» nie była czymś do gruntu złym. Co więcej, czołowych przywódców Zachodu można było łatwo uznać za godnych podziwu - pod warunkiem, że już nie żyli. Krótko mówiąc, Zachód zrobił się dekadencki, podczas gdy Wschód - w rękach zwycięskiego proletariatu - zachował pełnię sił i zdrowia. Wcześniej czy później kapitalistyczne reżimy zaczną się chylić ku upadkowi, socjalistyczna ojczyzna zada im ostateczny cios, granice upadną, a Wschód złączy się z Zachodem pod sowieckim przywództwem, w nowym rewolucyjnym braterstwie. O tym marzył Lenin i to miał na myśli Leonid Breżniew, mówiąc o «naszym wspólnym europejskim domu» . Tę ideologię mesjanistycznej misji komunizmu wyeksportowano - w kilku lokalnych wariantach - do wszystkich krajów znajdujących się pod sowieckimi wpływami. W aspekcie ściśle historycznym chodziło o wpojenie ludziom dwóch podstawowych dogmatów: o pierwszoplanowej roli «sił społeczno-ekonomicznych» oraz o łagodnym charakterze rosyjskiej ekspansji. Ideologia ta bardzo zyskała na sile po sowieckim zwycięstwie nad Niemcami w latach 1941-1945, i jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych podawano ją do wierzenia, niczym Ewangelię, milionom uczniów i studentów w Europie. Pod sam koniec kariery komunizmu pierwszy sekretarz KPZR Michaił Gorbaczow przywrócił do życia slogan o «naszym wspólnym europejskim domu» . Żywo podchwycili go liczni obcy komentatorzy i przyjęto go z powszechnym zadowoleniem, ale Gorbaczow nigdy nie zdążył wyjaśnić, o co mu właściwie chodziło.  W ogóle los obszedł się z nim, mało by powiedzieć, że niełaskawie. Cóż – życie kieruje się swoimi własnymi prawami, w które wpisana jest okrutna zasada odwiecznej równowagi. Co kwitnie, musi się kiedyś obrócić w proch, co żyje, wcześniej lub później ale zawsze umiera. Niekiedy jednak zdarzają się tragiczne odstępstwa od tej zasady i coś, lub ktoś, co żyje nie może odejść w spokoju - błąka się, gdzieś między życiem a śmiercią. Obok nas istnieje dziwna strefa cienia, dokąd wypędzamy tych, których nie wypada jeszcze uśmiercać ale też, nie potrzeba już zawracać sobie nimi głowy. W cywilizowanym świecie proceder ten nazywa się śmiercią cywilną, ale w istocie jest to uśmiercenie ducha - najokrutniejszy wyrok, jaki można wydać na ludzką istotę. Taki człowiek zmienia się w „pogrobowca”, innym słowem staje się upiorem historii. Michaił Gorbaczow – mniejsza o to czy zasłużenie – stał się dla swoich rodaków czymś w rodzaju takiej zjawy. Nie mówi się o nim, nie dopuszcza się go do głosu, odepchnięto go na skraj realnego świata, aresztowano w więzieniu sumienia, o którym należy jak najprędzej zapomnieć. Stał się dla Rosjan synonimem najtragiczniejszej w ich dziejach porażki. Chcą o nim zapomnieć ale nie mogą, bo historia już dawno uczyniła z niego swojego kochanka, i co jakiś czas, złośliwie wywołuje go z cienia aby postraszyć nim nad wyraz pewną siebie przyszłość. To, jak obeszli się z jego osobą jego współplemieńcy przywodzi mi na myśl historię pewnego dzwonu.  Podobnie jak trzysta dwadzieścia cztery lata temu, ów nieszczęsny dzwon musiał zniknąć z pamięci Rosjan, tak dziś musi z niej zniknąć pamięć o sprawcy  najgłośniejszego w dziejach bankructwa systemu. I tak jak niegdyś do mrocznej i niedostępnej krainy zesłano nieszczęsny dzwon, tak obecnie odprawiono Gorbaczowa w podobne miejsce. I nie jest ważne, gdzie dokładnie, rzecz zawiera się w ludzkiej psychice. Mamy już w sobie taką genialną zdolność, że to, co przeczy przyjętemu przez nasz rozum porządkowi, tenże rozum sam wymazuje. Ludzka pamięć jest po prostu wybiórcza. Chruszczow i Gorbaczow  w pojęciu przeciętnego Rosjanina byli burzycielami a więc nie zasługują na pamięć. Rosyjski lud ukochał sobie wielkich budowniczych: Piotra Wielkiego, Katarzynę II, Lenina, Stalina a teraz i Władimira Putina, człowieka, który zręcznie wślizgnął się w skórę swoich wielkich poprzedników – osób, za którymi zawsze stała siła. Wszyscy ci, którzy powarzyli, albo w przyszłości powarzą na tą siłę targnąć podzielą los Gorbaczowa, w tym także Borys Jelcyn, którego powoli ogarnia cień zapomnienia.

TYRAN W BŁĘDNYM KOLE HISTORII

Rosja mierzy się dzisiaj z zupełnie nowymi wyzwaniami swojej najbliższej historii. Można powiedzieć, że wkracza na dziewiczy teren, a większość elementów wpływających dawniej na kształt i formułę jej tradycji utraciła swoją siłę oddziaływania i nie odgrywa już roli katalizatora w wyścigu do arkadyjskiej przyszłości. Rosjanie muszą raz a skutecznie odciąć się od swojej przeszłości i porzucić wspomnienie snu o imperium, inaczej nigdy nie zjednają sobie Europy. Obecnie jednak, można dowoływać się tylko do pokornych życzeń, ponieważ Rosja wciąż błąka się po bezdrożach etapu przejściowego. A takich przechadzek w swojej historii miała wiele. Co gorsza, z poprzednich doświadczeń niezbicie wynika, że, gdy tylko ogółowi jęło się dawać we znaki zmęczenie to, wcześniej lub później, ale  zawsze powracano w tym kraju na starą i sprawdzoną drogę. Tak więc wydaje się, że i dzisiaj, albo w niedalekiej przyszłości, w Rosji ktoś znowu przywróci „dobrą” tradycję rządów autorytarnych. I w takiej a nie innej formie będzie poszukiwał sposobu na odbudowanie imperialnej pozycji państwa. Najistotniejszym czynnikiem przetrwania tak ogromnego państwa jak Rosja od zawsze był „nieustanny napór kolonizacyjny”. Niestety, ów „napór” nadal odgrywa tam niebagatelną rolę. Niedawny przykład Ukrainy potwierdza tylko zasadność twierdzenia, że Rosja nie bez większych oporów rozstaje się ze swoimi koloniami. A przecież, jak słusznie zauważył prof. Richard Pipes: Rosjanom najbardziej powinno zależeć na pozbyciu się wszystkich bez wyjątku republik związkowych, i na budowie silnego i zwartego państwa narodowego, czyli takiego, gdzie Rosjanie byliby w zdecydowanej większości, tj. w proporcji 85% do 90% na korzyść rdzennej ludności rosyjskiej. Taka jest Rosja w swoich obecnych granicach i powinna być z nich zadowolona. Rosjanom jednak bardzo trudno przyzwyczaić się i do nowych granic, i do tego, że nie mają już imperium, które trzęsie światem. Stąd ich frustracje i coraz większy chaos wewnątrz kraju. Jest to sytuacja niebezpieczna dla świata, ponieważ każda próba ponownego przyłączenia Ukrainy, Kazachstanu czy państw bałtyckich spowoduje wojnę. Pogrzebane zostaną wówczas szanse na jakąkolwiek demokrację w samej Rosji. [...] Nawet wśród demokratów rosyjskich zawsze panowało przekonanie, iż Rosja może być tylko wielkim państwem. Jest to wielowiekowa tradycja, z której umysłowość rosyjska nie umie się na razie wyzwolić.  Inaczej rzecz ujmując: Rosjanie dali się złapać w pułapkę historii, z której nie ma wyjścia. Ratunkiem może okazać się cykliczne przeżywanie dobrze już znanych dziejowych wypadków – bezustanne ich odnawianie. W Anglii, Francji czy Holandii państwo narodowe powstało znacznie wcześniej niż imperium kolonialne, toteż późniejsze oddanie kolonii odbyło się dużo mniej boleśnie. Tymczasem w Rosji, po zrzuceniu jarzma mongolskiego, państwo narodowe tworzyło się jednocześnie z gwałtownym poszerzeniem terytorium na wschód, południe i zachód. To parcie kolonizacyjne było jednym z elementów kształtujących rosyjską świadomość narodową i państwową oraz psychikę Rosjanina: jako zdobywcy i wojownika, podbijającego wciąż nowe kraje. Kiedy takiej możliwości nagle zabrakło, Rosjanin czuje się źle, jest sfrustrowany i nie wie, kim jest i co może w takiej sytuacji począć. [...] W latach 90. gwałtownie poszerzył się obszar wolności osobistej, której wielu Rosjan nie potrafiło bądź nie chciało zagospodarować. Do zagubionych ludzi ze swą ideologiczną ofertą pospieszyli nacjonaliści, polityczni radykałowie i mniej liczni sekciarze. W zburzonym poradzieckim świecie wyraziście nazywali przyjaciół, wrogów i cele życiowe. Nacjonaliści odkurzyli najciemniejsze strony rosyjskiej historii i nową poradziecką tożsamość określali za pomocą starych lęków wobec obcych, Żydów, Zachodu. Hasła o odbudowie Świętej Rusi zdominowały i wyparły zbanalizowane slogany o «przyjaźni narodów».

DUMA I UPOKORZENIE

Korzenie rosyjskiego nacjonalizmu tkwią głęboko w tej samej idei, z której zrodziła się, i na której prze wieki kwitła tradycja carskiego samodzierżawia. Zgodnie z tą tradycją, carowie skupiali w swoich rękach wszelką władzę ustawodawczą i wykonawczą, sprawowali ją niepodzielnie, podporządkowując własnej woli wszystkie niemal dziedziny życia. Rządzili Rosją w oparciu o szlachtę, rozbudowany aparat biurokratyczny i wojsko.  Aparat państwowy miał działać i działał na korzyść władcy. Lud nigdy nie był w Rosji suwerenem a szlachta, armia i biurokraci przyrzekali wierność suwerenowi, a więc nie narodowi tylko carom. Carowie zaś, zawsze pragnęli tylko jednego – silnej Rusi. Car symbolizował państwo, car był państwem a więc słabość państwa była jego słabością. Lekarstwem na słabość cara zawsze był wierny i oddany lud. Wychowywano więc ludzi w taki sposób, aby w przyszłości stworzyć z nich silne ale przedewszystkim posłuszne i dobrze zorganizowane społeczeństwo. Poniekąd zamysł ten udał się jak nigdzie indziej na świecie. Dzisiejsi Rosjanie widzą siebie jako jeden, niepodzielny, wielki organizm, gdzie poszczególni członkowie społeczeństwa uważani są jedynie za części składniowe (organy) całego ciała. Na pierwszy rzut oka można by zaakceptować zasadność takiego myślenia. Ale tylko na pierwszy rzut. Ponieważ konsekwencje takiego widzenia spraw mogą być zgubne i co gorsza nie raz już służyły za usprawiedliwienie dla szeregu niczym nie uzasadnionych zbrodni. Dla Rosjan porządek prawny opiera się na poczuciu zależności losów każdego obywatela od siły władców. Na ich nieszczęście od władców, którzy już wielokrotnie dawali dowody, nieugiętego a często i bezrozumnego kierowania się zasadą „wyższości społeczeństwa nad jednostką”. Lew Tołstoj, jakby na potwierdzenie zasadności powyższej tezy powiadał, że: „nigdy ani jeden człowiek nie dokonał przestępstwa na swym bliźnim nie uspokajając się tą myślą. Tą myślą jest le bien publique, dobro innych ludzi.”  Nic więc dziwnego, że pokrzepieni geniuszem Tołstoja dzisiejsi władcy Rosji z jeszcze większym przekonaniem wprowadzają w życie państwa, narodu i społeczeństwa tą mroczną, demoniczną siłę, starając się podporządkować sobie osobę, jaką jest każdy człowiek, aby z niej uczynić narzędzie dla realizacji własnych celów. Obecnie cała władza w Rosji skupia się w ręku jednego człowieka, osoby, która – według opinii prof. Pipesa - w zaufanym kręgu ludzi decyduje niemal o wszystkim. Te decyzje przekazywane są na dół, a potężna machina biurokratyczna zajmuje się wcielaniem ich w życie. W takich warunkach bardzo łatwo wyhodować nacjonalizm, gdyż to, co mówi szczyt tej piramidy, ma spajać społeczeństwo.  A zwarta i silna społeczność to dobre rusztowanie, na którym można wesprzeć odbudowę kruchego i osuwającego się na margines politycznej mapy świata imperium. Rosjanie nie potrafią się z tym pogodzić, poszukują nowych dróg eliminacji tego, co zagraża istnieniu rosyjskiej potęgi. Wprawdzie Rosji nie grozi dziś jakiś wielki wróg zewnętrzny, ale mierzy się ona z czymś, co nazwałbym wrzeniem podpowierzchniowym. Sprawa Kaukazu rozsadza ją od środka, zagrożone nie jest istnienie Rosji jako państwa, zagrożone jest istnienie rosyjskiej mocarstwowości. Odpadły Ukraina, Białoruś, państwa bałtyckie, Azja Centralna, a trzeba pamiętać o tym, że imperialna, mocarstwowa świadomość kształtowała się w Rosji przez stulecia i z dnia na dzień nikt i nic nie zdoła jej zagłuszyć. Popularność, jaką zdobywają nacjonaliści, polega na tym, że w ich programach przywołuje się sławę dawnej potęgi, mówi się o odzyskaniu siły imperium. Dla nich nie liczą się sprawy światopoglądowe, nie ma znaczenia forma ustroju, ideologia której się służy, najważniejsza jest idea niezwyciężonego rosyjskiego mocarstwa. Mocarstwa, którego gwarantem pomyślności jest osoba silnego, niczym nie skrępowanego władcy.

BRUNATNA MOZAIKA

To, co jest charakterystyczne dla współczesnego nacjonalizmu rosyjskiego, to jego różnorodność. Jest on przemieszaniem różnych idei i wartości, wyrosłych na gruncie Europy Wschodniej: szowinistycznych, imperialnych, nawet komunistycznych idei sprawiedliwości społecznej. [...] Jego specyfikę, a przez to wyjątkowość, podkreśla m.in. bardzo silny związek nacjonalizmu rosyjskiego z państwem. Owa służebność ideologii wobec instytucji państwowych jest dziś powszechnie dostrzegana na scenie politycznej Rosji. 

Obecnie nacjonalistyczne stronnictwa w Rosji występują pod różną postacią. Na scenie politycznej funkcjonują zarówno partie nawiązujące otwarcie do nurtu narodowo-bolszewickiego jak np. Narodowo-Patriotyczny Front „Pamięć” Dimitra Wasiliewa, Rosyjska Unia Ogólnonarodowa Siergieja Baburina, Front Ocalenia Narodowego, Liberalno-Patriotyczna Partia „Odrodzenie”, jak i te o wyraźnie antykomunistycznym zabarwieniu programowym, te jednak należy uznać za ugrupowania ekstremistyczne i jawnie faszyzujące. W ramach tego drugiego radykalnego odłamu, na czoło wysuwają się zwłaszcza dwie partie: Narodowo-Republikańska Partia Rosji i Rosyjski Sobór Narodowy Aleksandra Stierligowa. Podział o którym tu mówimy można jeszcze uzupełnić o kilka innych ugrupowań, które równie często odwołują się do tradycji rodzimego nacjonalizmu, chodzi tu głównie o ugrupowania postkomunistyczne i neokomunistyczne, oraz o tak zwane opcje „wszechrosyjską” i „wielkoruską”. Partiami o charakterze nacjonalistycznym, wpływającymi na rosyjskie środowisko polityczne, są ugrupowania o silnych strukturach wewnętrznych, które reprezentowane są przez przywódców bezkompromisowych o silnej, wyrazistej osobowości. Najbardziej charakterystycznym przykładem jest LDPR z Żyrinowskim jako przewodniczącym. Ugrupowanie zasiada w Dumie od pierwszych wyborów parlamentarnych i nadal cieszy się dużą popularnością wśród Rosjan. W jego programie podkreśla się fakt wieloetniczności państwa, ale wyraźnie akcentuje się żywioł rosyjski, który powinien być siłą decydującą. Najlepszym przykładem stosowanej przez ugrupowanie polityki wykluczania i konfrontacji są plany w zakresie polityki zagranicznej: wyraźne parcie na południe w kierunku Oceanu Indyjskiego (Rosjanie mogą zapewnić trwałość swojego imperium tylko poprzez oparcie jego granic na czterech filarach: Oceanie Atlantyckim, Lodowatym, Spokojnym, Indyjskim). Przy realizacji tego planu Żyrinowski nie wyklucza rozwiązania siłowego, upatrując w muzułmańskim fundamentalizmie szczególne niebezpieczeństwo. 

ZAWOALOWANA INDOKTRYNACJA

Oficjalnie Kreml potępia nacjonalizm i odżegnuje się od wszelkich wiążących się z nim treści. Nieoficjalnie rzecz wygląda zupełnie inaczej. Wystarczy posłuchać wypowiedzi niektórych prezydenckich doradców albo poczytać artykuły ekspertów związanych z Kremlem. W subtelny, ale i nie pozostawiający watpliwości sposób rosyjska opinia publiczna dowiaduje się, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Kto działa zgodnie z interesami Rosji, a jej szkodzi. W ten sposób władze kształtują poglądy obywateli. Z tą zawoalowana formą indoktrynacji spotykamy się w Rosji niemal na każdym kroku. Dzięki niej na nowo odżywają mity o bohaterstwie i poświęceniu rosyjskich żołnierzy, którzy przynosili światu wolność. Na ekranach kin pojawiają się takie filmy jak: „Dziewiąta kompania”, „Powrót”, „Swoi”, „Kukułka”, „Turecki gambit”, „Wojna”. Rosja na nowo czci swoich bohaterów, i nie ważne po której stronie walczyli, czy byli „biali”, czy „czerwoni”, najważniejsze, że zawsze służyli idei wielkiej Rosji. Niedawno w Moskwie na Dońskim cmentarzu odbył się powtórny pogrzeb dwóch ludzi, o których jeszcze wczoraj nikt nie chciał pamiętać - gen. Antona Denikina i filozofa Iwana Ilina. Ich prochy sprowadzono specjalnym samolotem z Paryża. Na lotnisku byli obecni przedstawiciele władz, cerkwi ale także osoby takie jak reżyser Nikita Michałkow, dla których Anton Denikin jest symbolem wielkiej Rosji.  Atmosferę przyzwolenia na ksenofobię świetnie ilustruje przykład wrześniowych Międzynarodowych Targów Książki w Moskwie, których medialnymi bohaterami zostali autorzy nacjonalistycznych powieści i traktatów politycznych. Czwartego Listopada Rosjanie obchodzili swoje nowe święto – Dzień Jedności Narodowej. Metropolita smoleński i kaliningradzki Cyryl porównał to nowe święto, do przypadającej 9 maja rocznicy pokonania III Rzeszy. „W pewnym sensie tamte wydarzenia były dla Rosji straszniejsze niż Wielka Wojna Narodowa. Wszak Niemcom nie udało się wejść do Moskwy, a Hitler nie zasiadł w fotelu Stalina” - mówił Cyryl, który w Patriarchacie Moskiewskim odpowiada za stosunki międzynarodowe i uważany jest za numer dwa rosyjskiej Cerkwi prawosławnej.

STRACH PRZED APOKALIPSĄ

Brunatnienie Rosji ma także, jeśli nie przedewszystkim religijne podłoże. Ta podstawa sprawia, że wszelkie związane z nim narodowe treści docierają do głębi rosyjskiej duszy. Źródeł współczesnego rosyjskiego nacjonalizmu należy upatrywać w koncepcji Moskwy jako „Trzeciego Rzymu”  autorstwa mnicha Filoteusza. Podstawą, na jakiej owa koncepcja wyrosła, było prawosławie. Ten fakt tłumaczy po części silny związek idei nacjonalistycznych z religią. Dla Rosji Zachód jest heretycki. Prawdziwa wiara jest w Rosji. Prawdziwymi władcami świata byli rosyjscy prawowierni i prawosławni carowie. Dzisiaj Rosji jak nigdy potrzebny jest silny prawowierny władca. Bez kogoś takiego krajowi grożą zapaść i chaos. Wśród obywateli dominuje sztucznie wytworzone i podsycane wrażenie, że Rosja wiecznie skrywa się w cieniu apokalipsy.  Bierdiajew twierdził, że „są dwa główne mity, które mogą dynamizować życie narodów – mit o pochodzeniu i mit o końcu. U Rosjan dominuje mit drugiego rodzaju – mit eschatologiczny. [...] Naród Rosyjski jest narodem kobiecym i kierującym się sercem. [...] Duch męski przejawia się na Zachodzie i narzuca swój kształt żywiołowym siłom narodu. Dusza rosyjska, przeciwnie, pozostała nieograniczona. Pragnie ona otrzymać wszystko lub nic. Humor tego narodu jest bądź apokaliptyczny, bądź nihilistyczny. W związku z tym jest to naród nie zdolny do zbudowania królestwa <<przeciętności>>, królestwa cywilizacji. Do rozwoju tej eschatologicznej wrażliwości Rosjan przyczyniły się wielkie katastrofy narodowe – od najazdów mongolskich, poprzez „wielką smutę” do obyczajowo-religijnej rewolucji Piotra I. Ale najsilniejsze nastroje apokaliptyczne ujawniły się u początku drugiej połowy XIX wieku. Ludzie zawiedli się na biegu historii, nie oczekiwano już niczego dobrego, wypaliło się poczucie historycznej myśli. oczekiwano nie tyle narodzin nowej ery chrześcijańskiej i nastania Królestwa Bożego, ile raczej Królestwa Antychrysta. Antychryst nadchodzi! – grzmiał Leontiew, według którego człowiek nic nie może uczynić, pozostaje mu tylko ratować swą duszę bowiem niedługo dopełni się straszliwa przepowiednia z ikony starowierców (która znajduje się w muzeum Pawła Korina), gdzie uwieczniono anioła apokalipsy niszczącego wszystko na rozkaz tego Logosu, który stworzył wszechświat. Dzisiaj już nikt nie wierzy w zniszczenia świata, przynajmniej nie w dosłownym sensie. Ale są tacy, którzy wierzą w  działania mające na celu zniszczenie Rosji. Ci ludzie coraz częściej dochodzą do głosu, coraz większa cześć społeczeństwa poddaje się ich sugestii, poddają się jej także aparat państwowy, który w takim rozumowaniu widzi szanse na umocnienie pozycji władcy. W Rosji władza pożywia się strachem a społeczeństwo jeszcze nie miało okazji wyzwolić się z jego okowów. Dopóki istnieje społeczna obawa, dopóty będzie istnieć silna Rosja. Dopóki będzie istnieć silna Rosja władcy nie będą musieli się o nic obawiać.

ŹRÓDŁO WCIĄŻ BIJE

Rozdarta na dwoje rosyjska dusza miota się między nacjonalistyczną wizją wielkiej prawosławnej Rosji a komunistyczną tradycją mocarstwa światowego. Niestety żadna z wizji nie może być drogą do odnalezienia prawdziwej tożsamości narodu. Świat zbyt bardzo się zmienił i ani nacjonalizm, ani ekspansjonizm, ani prawosławie, ani wreszcie wiara w „bogostalina” nie przystają do rzeczywistości. Można powiedzieć, że wszystkie te idee czy wizje są zaledwie etapem w odnowie rosyjskiego ducha. Pojawia się coraz więcej twórców kultury młodego pokolenia, co może zwiastować wielkie odrodzenie, które ukształtuje nową XXI-wieczną Rosję tak jak czynili to prozaicy, filozofowie i poeci XIX wieku. Być może „Trzeci Rzym” powstanie, pytanie tylko na jakim gruncie. Jeśli przyczyni się do jego powstania kultura i literatura wspierane wiarą i teologią prawosławną, można mieć nadzieję na trwałe podstawy, które ukształtują naród rosyjski. Jeśli natomiast tę nową epokę ukształtuje polityka, szarość dnia codziennego, tęsknota za jedyną, wielką i niepodzielną Rosją, dojść może do kataklizmu nie tylko w samej Rosji ale także w jej najbliższym otoczeniu. I choć proces odnowy duchowej wymaga czasu, pozostaje nam wiara w to, że zawiłości natury rosyjskiej doprowadzą dzieci „Matuszki Rossii” do trwałości i stabilności a przede wszystkim rozkwitu, z którego czerpać będziemy wszyscy przez następne pokolenia.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl