Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Prawo / Artykuły / Kilka słów o debacie               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
11-10-2007

 

16-10-2007

 

15-10-2007

  Pokolenie JPII?

05-10-2007

 

13-03-2008

 

13-03-2008

 

15-10-2007

 

+ zobacz więcej

Kilka słów o debacie 

09-10-2007

  Autor: Marcin Cabaj

Analityczne zsyntezowanie niegdysiejszej debaty między eksprezydentem III RP Aleksandrem Kwaśniewskim a obecnym liderem partii rządzącej, w postaci premiera Jarosława Kaczyńskiego, wbrew gorączkowo wystawionym opiniom wszechwiedzących i jaśnie oświeconych komentatorów politycznych oraz nieprzebranych rzesz nadzwyczajnie zaangażowanych politycznie, co niezidentyfikowanych i nieistniejących z punktu widzenia formalnego reprezentantów „miejskiej spójki” w postaci forowiczów, blogerów i innych, w moim skromnym i zlaicyzowanym rozumowaniu nie należałoby to zadań prostych, łatwych i przyjemnych.

 

 

Po debacie wystarczyło poczekać zaledwie dwadzieścia minut, żeby w przypływie gorączkowych przemyśleń i równie nieprzemyślanych rozważań wygłosić równie niestosowne, co nietrafne opinie, cechujące się banałem, truizmem i prostolinijnością opinii, dlatego wstrzymałem się tydzień z wygłoszeniem jakichkolwiek opinii, żeby gorąca i zgęstniała atmosfera troszkę opadła i ochłonęły również emocje, które nie są miernikiem politycznego zaangażowania, co dyplomatycznej wytrawności.

Dla mnie zadaniem samobójczym byłoby bowiem jednoznaczne zdefiniowanie tego specyficznego wydarzenia i zrecenzowanie go w sposób wiarygodny, dlatego posłużę się jedynie delikatnym i pobieżnym zinterpretowaniem faktów zaistniałych i pierwszej istotności, a dalsze opracowania pogłębione i obszerniejsze pozostawię nieprzebranym rzeszom doświadczonych doktorantów rozważających habilitację, którą bez wątpienia na podstawie tej debaty mogliby przeprowadzić. Wystarczy, że do wyrażenia własnego odosobnionego zdania czekałem tydzień. Skupię się więc wyłącznie na wyrażeniu własnego skodyfikowanego stricte subiektywnego rozsądzenia debaty według mojej osobistej percepcji, z włączeniem fundamentalnej kontrowersyjności.

Dla mnie debata polityczna między dwoma największymi osobistościami współczesnej polityki Polski zakończyła się bezapelacyjnym i jednogłośnym tryumfem Jarosława Kaczyńskiego z prostego względu, który jest względem natury formalnej co fundamentalnej, mianowicie zwycięstwem ustroju demokratycznego nad komuną o totalitarnym rodowodzie i pezetpeerowskich korzeniach ubranej w pozorne szatki nieistniejącej socjaldemokracji.
Każdy, kto ma choć elementarną znajomość definicji, uzmysłowiłby sobie bowiem, że socjaldemokracja jest terminem umownym, a więc zastosowanym dla unaocznienia czegoś nieistniejącego w sposób wskazujący jego egzystowanie, co same w sobie jest pokrętne i nieprawdopodobne prawda.

Dla mnie ta debata właśnie doskonale przypisywała się w nurt niejasnych dwuznaczności i nieprawdopodobnych oczywistości, których eskalacja występowała w szczególnym natężeniu z ust Kwaśniewskiego, ale o tym później.

Wszyscy obserwatorzy debaty oczekiwali na niezapomniany kalejdoskop uczuć, sinusoidalną parabolę emocji i karuzelę widowiskowych zdarzeń oraz propagandowych poglądów, i choć debata rzeczywiście odbywała się w atmosferze sensacji i budziła nieprawdopodobne emocje, nie można by ich porównywać do legendarnego pojedynku tytanów czasów PRLowskich – Wałęsy i Kwaśniewskiego.

Nie spodziewałem się po debacie Kwaśniewski-Kaczyński fajerwerków, do debaty podchodziłem z wrodzonym sobie sceptycyzmem i samozachowawczością wymaganą dla wiarygodności, ale nie mogę odeprzeć się wrażenia, że była to jedna z najbardziej spektakularnych i absorbujących debat na przełomie ostatniej dekady życia politycznego, które w czasach postkomunistycznej działalności formacji SLD zwanej, najzwyczajniej przygasła egzystując na zasadzie nieżyciowości.

Dla mnie Kwaśniewski nigdy nie był politykiem, a przewodzona przez niego formacja stanowiła wyłącznie pustą, bezpłciową wydmuszkę o barwnej kolorystyce wielkanocnych mozaik. Ale, żeby nie dopuszczać się zbyt kontrowersyjnych sądów, które według obecnych sondaży zdaje się podzielać większość obywateli, uświadamiających sobie przykrą rzeczywistość zostawmy to na wybory czekające nas 21.

Miałkość tego ugrupowania, nijakość, jego bezpłciowość, jego totalny brak jakiegokolwiek programu, wychodzi z dnia na dzień – co dobitnie zaprezentował premier w ostatniej debacie a ja postaram się dobitnie przedstawić w następnym felietonie, ale jakby nie patrzeć, mieliśmy podczas debaty wyśmienity przedsmak tej objawionej prawdy, którą uwiarygodnia cały sens na którym debata ta miała się skupiać. Mieliśmy bowiem sposobność obserwowania spektakularnej konfrontacji dwóch systemów politycznych, w postaci dwóch zajadłych i zadeklarowanych antagonistów którzy niejako stanowi symboliczną reprezentację w mocnej jednoosobowej formie. Pan Kwaśniewski – formacja ponoć centrolewicowej socjaldemokracji, wolnościowej i proeuropejskiej i Pan Kaczyński - jako zwolennik i reprezentant formacji ultrakatolickiej i konserwatywno-nacjonalistycznej. I odsyłam do słownika, żeby nie umniejszać inteligencji czytelników i obywateli polskich.

Tym razem siedemnaście lat pozorowanej transformacji usiadło naprzeciwko dwóch lat niewątpliwego eksperymentu politycznego. I widowisko wbrew krzywdzących komentarzy ugrupowań opozycyjnych, które zarzucały, że debata była nudna, jałowa i nic nie wnosząca, dla ludzi była jednoznacznie ciekawa, co podsumowały dobitnie wskaźniki oglądalności przekraczające dotychczasowe rekordy liderów telewizyjnych seriali w postaci M jak Miłość. Więc oczywiście diagnoza panów takich jak Niesiołowski, Jeneralski, czy jakichkolwiek była oczywiście jak zwykle trafna i przewidująca, co nieprawdziwa.

Widowisko było barwne, inspirujące i zapadające w pamięć, szczególnie dla bacznych obserwatorów, zaangażowanych społecznie z pominięciem nabzdyczonych frustratów desperacko pokrzykujących na konwencjach wyborczych.

Korzystając ze sposobności chciałem przedstawić na zasadzie dygresji, opinie Marka Sawickiego z PSL, dla którego debata była oczywiście zmanipulowana przez media. Parafrazując autora, który nie wiadomo co miał na myśli, przytaczam jak następuje:
„Media także ich nie relacjonowały. Widać zamiast rzeczywistej demokracji i dyskusji wygodniejsza jest ustawiona, udawana debata.” Powyższą opinię pozostawię bez komentarza.
Oczywiście zgadzam się z poglądami, że formuła programu zakładająca godzinny przebieg na trzyczęściowe bloki tematyczne po piętnaście minut zabiły debatę, ponieważ stosowanie tak niekonwencjonalnego sposobu przeprowadzenia konfrontacji uniemożliwiającego bezpośrednią dyskusję, w ciągu jednej godziny telewizyjnej transmisji nie mogło zaoferować możliwości rozwinięcia tematu, i rozwijanie poszczególnych szczegółowych bloków, na które debata była podzielona, definitywnie ją zawęziła, ale nie uważam, żeby nie doszło do wymiany istotnych programowych rozwiązań i wczucia się w przedstawioną pokrótce problematykę, a byłem nawet zdumiony nadzwyczajną skrótowością poglądów, które politycy jednak przedstawili. Bez wątpienia prowadzenie debaty przez trzech dziennikarzy, z których pierwsza, której nazwisko wolałbym przemilczeć, było rozwiązaniem idiotycznym, a rozwiązaniem absolutnie już imbecylnym było umożliwienie prowadzenia akurat przez te osoby. Pierwsza Brzytwa IV RP pani Monika Olejnik, mimo intuicyjnej umiejętności zadawania pytań kluczowych i trudnych, w tym akurat przedstawieniu przeskoczyła szczyty swojej impertynencji zadając bodaj siedem skomplikowanych pytań, na które nie sposób było odpowiedzieć. Niefart miał akurat Jarosław Kaczyński, który lawirował, ale ostatecznie się zapętlił, gdyż nawet człowiek przemawiający w tempie błyskawicznym niczym automatowa seria z karabinu, najzwyczajniej by się zaciął. Premier jednak podstawiony pod ścianą zdołał się jakimś dziwnym trafem po części wybronić. Ogólnie mała kompetencja cechowała wybitną dziennikarkę, akurat w tym starciu lub też nieprawdopodobna chęć postawienia w sytuacji bez wyjścia Jarosława, któremu może przez własne zapatrywania polityczne lub wrodzoną złośliwość chciała uprzykrzyć. Najlepiej z dziennikarzy spisał się Skowroński swoją bezpretensjonalną i umiejętną formą zadawania pytań, które do bezsensownych i mało odkrywczych w sumie nie należały.

Ale skupiając się na rzeczy najistotniejszej, czyli debacie, która powinna być dyskusją, powiem krótko i bezpardonowo, dla mnie debata Kaczyński – Kwaśniewski była podręcznikowym przykładem benefisu jednego artysty. Używając kontrowersyjnej nomenklatury chrześcijańskiej, o ile Kaczyński był natchnionym pasjonatem i misjonarzem, przemawiającym o polityce z wyraźnym przekonaniem i namaszczeniem, Kwaśniewski sprawiał wrażenie znudzonego adepta nieprzekonanego co do swojej misji.

Kaczyński był nienaturalnie konkretny i stanowczy, Kwaśniewski jak zwykle wyluzowany i elastyczny, Kaczyński nieprawdopodobnie odprężony i zrelaksowany na kozetce ze stoickim spokojem wygłaszał swoje natchnione prawdy, wtedy, gdy Kwaśniewski zadziwiająco zestresowany i niespokojnie się wiercący na fotelu, mełł językiem pomarszczonym w orgiami jakby w stanie lingwistycznej co światopoglądowej nieporadności. Mówiąc ordynarnie, Kaczyński prezentował się jak pokryty patriarchalną siwizną, wytrawny mędrzec, a Kwaśniewski przypominał nieopierzonego adepta prosto po liftingu, wywołanego do tablicy.

Dla mnie Kwaśniewski zawsze był wytrawnym manipulatorem osiągającym szczyty perfekcji w umiejętnym sprawianiu pozytywnego wrażenia, ale widać, że brak realnych interakcji na arenie politycznej, troszkę go z bezpośrednich dyskusji tymczasowo wykreślił i wypadł z obiegu, żeby mógł się odnaleźć. Dla mnie zaskakującym odkryciem było, że ten doskonale wywiązujący się ciężkich i ekstremalnych sytuacji podbramkowych, polityk się wybroni, ale tutaj zauważyłem, że w końcu natrafiając na porządnego konkurenta nie będzie utrzymywał nadal tak dobrego poziomu. To, że premier osiągał z każdym momentem dyskusji nad prezydentem ogromną przewagę, było dla mnie osobiście łatwe do przewidzenia, bo cały ideologiczny galimatias LiD w postaci partii wszystkich Polaków, jednoczącej wszystkich ludzi, ponad układowej współpracy i światopoglądowe zapatrywania i programy ideowe zawsze były skonstruowane na bajecznie faryzejskiej mistyfikacji i kabotyńskich manipulacjach, ale tutaj poległy, bo z góry skazane były przecież na fiasko. Kwaśniewski z grymasem wyższościowej pewności co prawda starał się rzeczowo odpowiadać na pytania, ale w jego oczach podrzędny student psychologii wypatrzyłby pospolite kłamstwa, ponieważ cała fizjonomia i niewerbalne zachowanie ciała począwszy od oczu, po ręce, zdradzały, że takowych się dopuszcza. Często łamał mu się głos, spowalniał i stopował w najważniejszych momentach, słowem wyglądało to zabawnie. Kaczyński Jarosław natomiast na każde pytanie odpowiadał z przekonaniem, bez najmniejszego gestu zdradzającego najmniejsze zafałszowania, nawet jeśli takowe miały by miejsce, co raczej jest niemożliwe, przez wrodzoną szlachetność Jarosława mówiąc humorystycznie.

Dokładnie Kwaśniewski szczycący się brylowaniem na zagranicznych salonach nie sprawiał wrażenia światowca dobrej próby w tym starciu, nie prowokował umiejętnościami językowymi, nie wprowadzał w zażenowanie umiejętnością rozmawiania po angielsku i rosyjsku, co przecież doskonale mógłby wykorzystać, zyskując sobie zwolenników i wprowadzając Jarosława w konsternację, ponieważ nie najlepiej radził sobie na ten czas po polsku, a w sytuacjach, gdy prowokowany był przez panią Olejnik (między innymi wypominaniem kompromitującego upicia się na wykładzie na ukraińskiej uczelni) dawał się nawet ponieść nerwom i sarkastycznie wypominał techniczne zaniedbania błyskotliwej dziennikarce, która nie odnajdywała się formule programu. Kaczyński siedział sobie wówczas wygodnie i śmiał złowieszczo, zadowolony sytuacją.

Dokonując pokrótce podsumowania nie pamiętam w sumie ani jednego sensownego zdania z ust Kwaśniewskiego. Mimo że to właśnie Kwaśniewski pierwszy rozpoczął debatę, stroną dominującą w tym starciu był wyraźnie Kaczyński. Prowadził konsekwentnie atak przez pozorowaną obronę, mimo, że Kwaśniewski starał się prowokować do utarczek słownych i zachwiania emocjonalnej równowagi. Kwaśniewski nieustannie atakował, ale retoryka miażdżących argumentów jednego z najwybitniejszych mówców współczesnej polityki, do których zalicza się Kaczyński, nie mogła sprowokować sytuacji, w której po bezpośrednim ataku Kwaśniewski nie nadział się na bolesną kontrę.

Riposty były zdumiewające, błyskotliwe, szybkie i zabawne i taka strategia metodycznej obrony przez niespodziewany atak w ujęciu premiera okazała się bardziej skuteczna i bardziej widowiskowa. Faktem na poparcie tej tezy jest stwierdzenie, że Kwaśniewski ciągle starał się dokańczać rozpoczęty temat po przerywającym rozgrywkę gongu, faktem jest, że również, w swojej retoryce posuwał się do karygodnych utarczek słownych, które kompromitowały go w oczach telewidzów jako osoby napastliwej i niestosownie się zachowującej.
Jarosław Kaczyński był uśmiechnięty przez całą debatę, Kwaśniewski podenerwowany, co paradoksalnie było sytuacją niecodzienną i nikt nie podejrzewałby, że tak to się rozwinie. Nawet sam Sławomir Sierakowski, który będzie następnym prezydentem Polski, sumienie formacji lewicowych nie wyraził się o Kwaśniewskim pochlebnie, a w miłych słowach komplementował obecnego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Jego zdaniem ex-prezydent za szybko dał wyprowadzić się z równowagi, uległ zdenerwowaniu i nie przedstawił żadnej rozsądnej koncepcji, ani żadnego konkretu. Oczywiście się z tym stwierdzeniem zgadzam, więc nie chcę się wdawać w merytoryczne przedstawienie debaty i popieranie jest faktami, ponieważ opracowanie to byłoby stokroć obszerniejsze i stokroć niszczące niż delikatne wypominanie sobie maluczkich uprzejmości.

Nazywany „geniuszem politycznym wszechczasów” i „wielkim strategiem” Jarosław Kaczyński nie potrzebuje lepszego podsumowania, jak z ust lewicowych żołnierzyków i socjologicznych profesorów oceniających tę debatę jednoznacznie, więc oszczędzę wytaczania zmasowanej artylerii na nic nieznaczące korsarze, z resztą przemokłe, kończąc maestrią retoryczną Jarosława Kaczyńskiego.

Dla uformowania i skrystalizowania poglądów odnośnie ostatniej debaty odsyłam do Internetu, a merytoryczne argumenty potwierdzające moje dotychczasowe zapatrywania przedstawię w przyszłym felietonie, a to tymczasem potraktować można za nic nieznaczący wstęp do finalnej uwertury, która rozbrzmieje echem głębszym i mocniejszym niż tryumfalne fanfary.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę
  Wasze komentarze
 

 

(~Asia, 30-10-2007 22:36)

Opis:

  [ 1 ]

(~Agnieszka, 30-10-2007 21:54)

Opis:

  sensu nie brak

(, 11-10-2007 11:10)

Opis:

  skoncz szkole

(~wy, 09-10-2007 23:23)

Opis: on nie jest spalony , on jest nie wyedukowany... kolego najpierw popracuj nad gramatyka , bo o jakiejkolwiek merytoryce ciezko tu dyskutowac

  [ 1 ]

(, 09-10-2007 18:47)

Opis:

 

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl