Obraz Polski po rywingate

14-08-2003

Autor: Grzegorz Mróz

Ktoś, kto zupełnie nie interesuje się polityką, kto nie śledzi na bieżąco wypadków w naszym państwie, może stwierdzić, że Polska po aferze Rywina jest dokładnie taka sama jak przed tą aferą. Na pozór tak jest: codziennie przecież chodzimy do pracy, mamy te same obowiązki, zmartwienia, spotykamy się z tymi samymi ludźmi. W życiu przeciętnego zjadacza chleba afera Rywina nic nie zmieniła. Czy w polityce zaszły pewne zmiany? Czy sprawa Rywina nauczyła czegoś polityków? Potrafiliśmy zdefiniować chorobę trawiącą nasze życie publiczne, znaleźliśmy na nią lekarstwo?

Istota rywingate polega na tym, że Rywin przyszedł do Agory z bezczelną propozycją łapówkarską. Dla polityków problemem nie była jednak sama propozycja, lecz fakt nagrania rozmowy w trakcie której ona padła. Nie od dziś przecież krążą plotki za ile jaką ustawę można kupić w Sejmie. Adam Michnik ujawniając swą rozmowę z Rywinem pokazał Polsce proceder jaki w naszej polityce stosowany jest już od dawna. Sprawa starachowicka jest  dowodem na to, że w polityce kombinować można, trzeba jednak robić to tak by nie dać się złapać. Bardzo źle się dzieje, że Miller nie czyści swych zarówno partyjnych jak i rządowych szeregów, przecież na kongresie takie działania obiecywał. Zeznania premiera przed sejmową komisją śledczą ani o krok nie nie przybliżyły nas do rozwikłania zagadki tej afery. Dlaczego? Ponieważ Millerowi, pomimo licznych deklaracji, tak naprawdę nie zależy na rozwiązaniu tej sprawy. Nie sama rywingate ale odkrycie jej kulis spowoduje śmierć polityczną premiera. Szef rządu ma tego pełną świadomość, dlatego nie stara się pomóc posłom z komisji.

Dziś można zastanawiać się dlaczego w ogóle do afery Rywina doszło. Jedni powiedzą, że z tego typu aferami mamy do czynienia na całym świecie, inni wskażą na patologie odziedziczone jeszcze z czasów PRL - u, jeszcze inni stwierdzą, że nie dorośliśmy do demokracji. Zapewne po części wszystkie te diagnozy są prawdziwe, ja pragnę jednak zwrócić uwagę na inny czynnik. Mianowicie, chodzi mi o bylejakość elit. Stwierdzenie to być może brzmi brutalnie, ale jest ono uprawnione. Niestety rządzą nami ludzie bez charyzmy, nie mający poczucia misji, rzetelności, przyzwoitości. Rządzą nami karierowicze, którzy idą po władzę by czerpać z niej korzyści finansowe i mieć przywileje, są to ludzie, którzy niejednokrotnie zło nazywają dobrem jeśli tylko ono się im opłaca. Jak zatem przeciwdziałać powolnemu gniciu instytucji państwa? Bez wątpienia należy wprowadzić do ordynacji wyborczej zakaz ubiegania się o dany urząd osobom ściganym przez prawo, mającym zasądzone wyroki, podejrzanym o przestępstwa szczególnie gospodarcze. W dalszej kolejności trzeba wprowadzić zmiany przy powoływaniu szefów instytucji pozarządowych, chodzi o to by obsadzanie: prezesa NBP, prezesa TVP, szefa KRRiT, szefa NFZ, prezesa IPN, Rzecznika Praw Dziecka, Rzecznika Praw Obywatelskich odbywało się w drodze konkursu a nie w wyniku partyjnych rozstrzygnięć. Dobrze też było by gdyby marszałkiem Sejmu zostawał zawsze poseł senior, wtedy nie dochodziło by do podejrzeń o celowe wstrzymywanie lub opóźnianie prac nad projektami ustaw.

Czy rywingate będzie wobec tego dobrą nauczką dla polityków? Nauczką być może tak (że przy kolejnych przekrętach należy zachować większą ostrożność) nie sądzę jednak by zmienili swoje postępowanie. Nie chcę tu generalizować i nie twierdzę, że wszyscy politycy są nieuczciwi, jednak tych, którzy do tej pory nie mieli sumienia i bez skrupułów kradli, wręczali czy przyjmowali łapówki afera Rywina niestety ani nie postraszy, ani tym bardziej nie naprawi.

Autor: Marcin Jurzysta



Copyright by © 2006 by e-polityka.pl - Pierwszy Polski Serwis Polityczny. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.