Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Aktualności / Demokracja – zabawa dla nielicznych?               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
17-07-2010

 

24-05-2008

 

23-01-2008

 

16-12-2007

  Wybory w Kirgistanie

24-11-2007

 

24-10-2007

 

17-10-2007

  Repetytorium wyborcze 2007

+ zobacz więcej

Demokracja – zabawa dla nielicznych? 

20-10-2007

  Autor: Michał Kosiorek

Do wyborów parlamentarnych pozostały już tylko godziny. W poniedziałek oficjalnie dowiemy się, kto będzie rządził Polską w najbliższym czasie. Wówczas okaże się, która partia najwięcej zyskała na skróceniu kadencji Sejmu oraz najlepiej wykorzystała krótki, acz intensywny okres kampanii wyborczej. Jednak, co równie ważne, dowiemy się, ilu spośród nas pamiętało o swoim obowiązku głosowania, a co za tym idzie, jaka część polskiego społeczeństwa jest w ogóle zainteresowana wyborem nowego przedstawicielstwa do parlamentu. Zatrważająco niska frekwencja podczas ostatnich wyborów do Sejmu i Senatu budzi obawy i niewątpliwie uzasadnia sensowność powyższych pytań.

 

 

We wrześniu 2005 roku, tuż po wyborach parlamentarnych, temat kompromitującej frekwencji był poruszany równie często, co burzliwe pertraktacje dotyczące budowy koalicji PO-PiS. Pierwszy raz frekwencja w wyborach parlamentarnych spadła do tak niskich i zawstydzających rozmiarów – 40%. W stosunku do wyborów z 2001 roku, spadła o 6 pkt. proc., w porównaniu z wyborami z 1997, o 8 pkt. proc. Jeśli do tego weźmiemy pod uwagę poziom uczestnictwa w wyborach w wybranych państwach europejskich, okaże się, że niski udział Polaków w wyborze swojego przedstawicielstwa stał się w ciągu ostatnich kilkunastu lat naszą niechlubną specyfiką.

W 2005 r. w brytyjskich wyborach do Izby Gmin wzięło udział 60%. Biorąc pod uwagę długie tradycje brytyjskiej demokracji, jest to i tak wynik przeciętny. W niemieckich wyborach do Bundestagu w tym samym roku wzięło udział 78% uprawnionych do głosowania. To prawie dwa razy więcej niż w tym samym czasie podczas wyborów w Polsce! Równie mizernie wyglądamy w porównaniu z państwami byłego bloku wschodniego, takimi jak Czechy, Słowacja czy Ukraina. Wydawałoby się, że podobny charakter przemian, a co za tym idzie świadomość obywatelska kształtowana na ich gruncie, da przybliżone wartości udziału w wyborach. A jednak, w ostatnich wyborach parlamentarnych w Czechach do urn poszło 64% uprawnionych do głosowania, a na Słowacji 54%. Na Ukrainie w wyborach w 2006 roku głosowało 67% wyborców [58% w wyborach we wrześniu 2007 r. – przyp. red.]. W tym wysokim wyniku niewątpliwie pobrzmiewają jeszcze echa pomarańczowej rewolucji. Zaskakujące, że w analogicznym momencie polskiej historii, a więc w wyborach roku 1991 frekwencja wynosiła zaledwie 43%. Uwidacznia się tutaj skala problemu: stały marazm społeczeństwa i jego niskie poczucie uczestnictwa w demokratycznym ustroju. Oczywiście w tych rozważaniach należy wykluczyć wybory prezydenckie, które ze względu na swoją specyfikę (wyższa medialność) zawsze gromadzą przy urnach większe rzesze obywateli.

Rozważając przyczyny tak niskiej partycypacji w wyborach, najczęściej pojawiają się frazesy: „mój głos nic nie zmieni” lub też „jedni są lepsi od drugich, nikt w tym kraju nic nie zmieni”. I warto potraktować te sądy nie jako przyczynę, ale skutek pewnych wyobrażeń dotyczących sfery polityki. Opinie te kształtują się w oparciu o bieżące wydarzenia polityczne związane z regularną degradacją polityki w oczach opinii publicznej. Kolejne afery, niektóre zahaczające o najniższe obyczajowe standardy, powodują, że zawód polityka cieszy się coraz mniejszym społecznym uznaniem. Ale co równie ważne, niska frekwencja czy też ogólna mała partycypacja społeczeństwa w demokratycznym państwie ukształtowana została w długotrwałym historycznym procesie. Najogólniej rzecz ujmując mamy tu do czynienia z realną spuścizną socjalizmu. Wiele z nabytych wówczas dyspozycji społeczeństwo wykazuje w dzisiejszej rzeczywistości. Poczucie braku podmiotowości politycznej, traktowanie polityki jako wąskiej sfery zastrzeżonej dla elit czy też związany z tym brak odpowiedzialności za państwo to rzeczywisty dorobek PRL. Jakiekolwiek oddolne działania obywateli były wówczas eliminowane z życia publicznego. I choć jest to truizm, należy o tym pamiętać, że taka polityka władz miała na celu ukształtowanie w społeczeństwie stanu bierności i społecznej apatii. Socjologowie zwracają uwagę, że to wyposażenie mentalne nabyte w czasie 45-letniego okresu realnego socjalizmu, stanowi główną barierę przed procesem modernizacyjnym kraju i powoduje, że transformacja ustrojowa trwa nadal i może potrwać jeszcze wiele lat.

Idąc tym tropem, warto zwrócić uwagę na rozczarowanie znacznej części społeczeństwa procesem transformacji, który nie przyniósł im oczekiwanych korzyści. Z punktu widzenia osoby sfrustrowanej osiągnięciami przemian po 1989 roku udział w wyborach wcale nie kojarzy się z naturalnym obywatelskim obowiązkiem. Skoro wcale nie jest lepiej, a czasem nawet gorzej niż przed rokiem 1989, to czemu rozczarowany Kowalski ma dalej identyfikować się z politykami? Co więcej powyższe czynniki powodują, że ten przestaje pokładać jakiekolwiek nadzieje w działaniu posłów czy senatorów. Niepokojący jest też fakt utrwalania postaw bierności i obojętności w świadomości kolejnych pokoleń. Młodsza generacja ludzi nabywa od swoich rodziców niebezpieczne wzory anachronicznych postaw.

Wraz z emocjonującą walką o wyborcę, toczą się kampanie społeczne na rzecz uczestnictwa w wyborach. Różnorodność podejmowanych działań wskazuje, z jak poważnym problemem mamy do czynienia. W związku z bardzo niską frekwencją wyborczą traci oczywiście polska scena polityczna. Po korytarzach Sejmu chodzą bowiem ludzie, których z każdą kadencją popiera mniejsza liczba obywateli. Coraz mniejsze poparcie, wpływa na autorytet i powagę miejsca, które jak wynika z potocznej definicji powinno być miejscem zgromadzenia reprezentacji całego narodu.

W ostatnich dniach sondaże donoszą o spodziewanej wysokiej jak na polskie warunki frekwencji. I trudno w tym momencie wyrokować, jak w istocie będzie. Może zmęczony ostatnimi wydarzeniami naród rzeczywiście w dużej sile ruszy do urn? Życzyłbym sobie pozytywnego zaskoczenia w tej kwestii. Wszak to my mamy w tym kraju decydujący głos.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

Tego artykułu jeszcze nie skomentowano

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl