Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Prawo / Piractwo na półkuli zachodniej               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
30-05-2006

  Polityczny Mundial: Trynidad i Tobago

03-03-2006

  Piractwo na Dalekim Wschodzie

01-03-2006

 

26-02-2006

  ASEAN walczy z piractwem

28-01-2006

 

+ zobacz więcej

Piractwo na półkuli zachodniej 

02-03-2006

  Autor: Paweł Adamiec

Przyglądając się mapie świata, dostrzec można łatwo, że na obszarze całego ziemskiego globu istnieje kilka rejonów które łączy występowanie wielu cech wspólnych. W rejonach tych po pierwsze występuje wiele rozsianych na oceanie wysp, po drugie państwa, które mają swoje władztwo nad tymi wyspami nie mają charakteru mocnych organizmów, sprawujących efektywną władzę, po trzecie rejony te łączy występowanie nędzy w połączeniu z wysoką korupcją urzędników różnych szczebli oraz istnienie szeregu ugrupowań o charakterze mafijnym i przestępczym. Na całym świecie są dwa rejony, gdzie natężenie tych czynników i ich wzajemne korelacje są szczególnie nasilone. Jest to z jednej strony rejon Azji Południowo-Wschodniej, a z drugiej – okolice Zatoki Meksykańskiej i Karaibów

 

 

Oba te rejony, ze względu na występowanie wszystkich wcześniej wymienionych czynników łączy jeszcze jedna cecha – istnienie piractwa. Pod tym względem, spojrzenie na rejon którym zajmuje się to opracowanie i w porównaniu ze smutnymi statystykami dotyczącymi rejonu Archipelagu Malajskiego i Cieśniny Malakka, rodzić może raczej wrażenie pocieszające, a przynajmniej takie wrażenie pojawia się, jeśli spoglądamy na oficjalne raporty. Piractwo w rejonie obu Ameryk nie jest w ich świetle jakimś poważnym i naglącym problemem, liczba ataków pirackich jest w porównaniu z Azją drastycznie mniejsza. Warto jednak pamiętać, że ta pozytywna relacja nie obrazuje całej złożoności problemu, a co więcej dopiero niedawno dzięki zastosowaniu ogromnych środków i zaangażowaniu poważnych sił ze strony USA ilość napadów pirackich została dość poważnie ograniczona. Jednocześnie trzeba uzmysłowić sobie, że specyfika piractwa w rejonie obu Ameryk ma bardzo ważny wyróżnik, który nigdzie indziej nie łączy się tak mocno w jeden amalgamat – są to narkotyki, ze szczególnym wskazaniem na kokainę i marihuanę, które stanowią główne produkty eksportowe wielu różnych organizacji przestępczych Ameryki Południowej.

Aby dobrze zrozumieć specyficzne podłoże piractwa na omawianym terenie, trzeba narkotykami właśnie zająć się na wstępie, gdyż to one w decydujący sposób przyczyniły się do odrodzenia tego procederu w rejonie, który kilka wieków temu, co prawda, słynął z istnienia bardzo silnych gniazd pirackich, ale przez długi czas rozboje morskie niemal całkowicie zniknęły z omawianych wód.

Ten właśnie czynnik – narkotyki – jest kluczowy i niezmiernie charakterystyczny dla regionu, bo o ile np. w rejonie azjatyckim i afrykańskim, na wodach słynących z bardzo wielu pirackich napadów, ofiarami są głównie dość spore jednostki, a piractwo stanowi cel sam w sobie, gdyż piracki napad skierowany jest w dobra przewożone na okrętach i statkach, o tyle w rejonie amerykańskim piractwo skierowane przeciwko dużym jednostkom stanowi tylko sporadyczne akty (pomijając wtargnięcia na pokład klasyfikowane jako piractwo na kotwicy i piractwo portowe – polegające na cichym okradaniu statków cumujących blisko brzegu, najczęściej bez udziału przemocy). Ofiarami piratów rejonu amerykańskiego padają przede wszystkim małe jednostki, luksusowe jachty, a od pewnego czasu także łodzie rybackie. Sam akt piractwa jest tutaj tylko jednym z ogniw prowadzących do celu, jakim w istocie jest przemyt narkotyków, a szczególne nasilenie akcji pirackich skierowanych właśnie w małe luksusowe jachty zaczęło być obserwowane, kiedy w Ameryce Łacińskiej zaczęły się kształtować narkotykowe imperia.

 Jak do tego doszło? Zadziałało proste prawo rynku. Rewolucja obyczajowa w USA, która nastąpiła w latach sześćdziesiątych jako jeden z efektów przyniosła popularyzację różnych narkotyków, zwłaszcza LSD i marihuany (kokaina wkroczyła na rynek trochę później i raczej nie jako narkotyk hipisowski, a wręcz przeciwnie – jej konsumentami byli głównie ludzie bogaci, żyjący na pełnych obrotach), które stały się same w sobie jednymi z głównych osi buntu kontestatorów tamtych czasów. Dzięki temu powstał rynek zbytu, a zwykłe prawo rynku stworzyło kolejne ogniwo – popyt zrodził podaż. Ameryka Łacińska ze swym klimatycznym uwarunkowaniem była naturalną bazą do stworzenia narkotykowego zagłębia – zarówno konopie indyjskie, jak i koka (krasnodrzew) były w rejonie obecne już wcześniej. Zwłaszcza koka, której liście od zarania dziejów były żute przez Indian dla poprawienia wydolności stały się podstawą narkotykowych imperiów. Główne zagłębie stworzono w Kolumbii, ale także Peru, Boliwia i Ekwador stały się sporymi eksporterami.

Tym, który personalnie miał największy wkład w rozwój handlu narkotykami w tym rejonie świata był Pablo Escobar – człowiek legenda, przykład biednego chłopaka, który  bezwzględnością i dobrym wyczuciem doszedł w końcu na szczyty kartelu o rocznych dochodach szacowanych na bagatela 50 mld USD, co stanowiło równowartość całego legalnego eksportu Kolumbii w tamtym okresie. Główną siedzibą kartelu stało się kolumbijskie miasto Medelin, które dzięki pieniądzom narkotykowych bonzów z jednej strony pogrążyło się w chaosie wzajemnej walki bardzo wielu frontów, z drugiej doświadczyło ogromnej szczodrości zarówno Pabla, jak i jego współpracowników, do których w wielu kościołach modlono się jak do świętych. Nic w tym dziwnego, skoro mafia łożyła na dziesiątki budynków użyteczności publicznej, szkoły, drogi, fabryki, boiska do piłki nożnej, domy dla bezdomnych, a głównymi łożącymi była żelazna czwórka kartelu – Pablo Escobar, jego prawa ręka Carlos Lehder (Skórzany Joe), odpowiedzialny za przerzut narkotyków do USA (i przy okazji prawdopodobny pomysłodawca nowej metody przemytniczej, polegającej na przewozie narkotyków jachtami), Pablo Ochoa oraz Jose Rodriguez Gacha.

Przez dłuższy czas głównym środkiem przerzutowym na narkotykowym szlaku były samoloty (do tej pory przy granicy Meksyku z USA istnieją ogromne cmentarzyska różnych małych samolotów, zwyczajnie porzuconych po wykonaniu zadania. Ma to również akcent polski, bo wielką popularnością przy tym przemycie cieszyły się np. „Dromadery”). Ten kanał przerzutowy miał jednak szereg niedogodności i dość często dochodziło do przejęcia ładunku przez Amerykanów. Samolot łatwo wyłapać na radarze, a do tego ładowność nawet najlepszego samolotu jest niezbyt duża. W dodatku samoloty trzeba było kupować lub porwać, nieuchronnie pozostawiając ślady, a to rodziło dodatkowe koszty. W tym okresie ponad połowa porwań samolotów miała związek z przemytem narkotyków.

Dlatego w latach siedemdziesiątych kartele postanowiły zmienić taktykę i lwią część transportu narkotyków zaczęto przerzucać drogą morską. Przez dłuższy czas droga ta była wręcz idealnym szlakiem, gdyż amerykańskie władze zwyczajnie nie zdawały sobie sprawy z jej istnienia. Dopiero po sprawie jachtu „Pirate’s Lady”, który zaginął w 1977 r. W niewyjaśnionych okolicznościach, wzrosło zainteresowanie problemem, a co za tym idzie – zaczęto prowadzić jego statystyki. To co stwierdzono okazało się przerastać najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że na atlantyckich wodach przybrzeżnych USA od początku lat siedemdziesiątych zaginęło ok. 200 tys. różnych jednostek pływających, w tym, w zupełnie niewytłumaczalnych okolicznościach, zaginęło ponad 1000 wieloosobowych jachtów o sporej ładowności wraz z załogami, których nigdy nie odnaleziono. Wiele z nich było świetnie przygotowane do długich rejsów w paliwo, wodę i zaopatrzenie, a duża część miała też sporo gotówki na pokładzie. Szczególny wzrost dotyczył lat 1971-74 w czasie których bez wieści przepadło 611 takich jednostek z prawie 2000 ludzi na pokładzie. Niekiedy miesięcznie notowano 17 nowych zaginięć – to zdecydowanie wymykało się jakimkolwiek statystykom przypadkowych katastrof, zatonięć itd. Jasnym się stało, że działa tu inny czynnik.

Wielu wierzyło, że powodem zatonięć jest przesłynny trójkąt bermudzki rozciągający się między Puerto Rico, Florydą, a Bermudami (a przynajmniej taka jest najczęściej podawana lokalizacja, gdyż najszersza z jaką się spotkałem opierała jego granice aż o Azory), którego zła sława zaczęła się od roku 1945, gdy w rejonie zaginęła eskadra amerykańskich samolotów. Dość szybko okazało się jednak, że lwia część tych zaginięć miała miejsce nie dokładnie w trójkącie, ale w okolicach Florydy. Stwierdzić tutaj trzeba, że losu wielu tych jednostek nigdy nie udało się wyjaśnić, dlatego te zaginięcia nie figurują w statystykach dotyczących piractwa. Udało się jednakowoż zebrać poszlaki wskazujące na to, że to właśnie nikt inny, a piraci odpowiedzialni są przynajmniej za część owych tajemniczych zniknięć. Wielu zaczęło nawet wierzyć, że zjawisko piractwa stanowi klucz do rozwiązania samej zagadki trójkąta, gdyż sposób działania piratów właściwie nie pozostawiał śladów.

 Charakterystyka piractwa rejonu

Jeśli przyjrzymy się piractwo światowemu to wyróżnić można właściwie kilka głównych metod działania rozbójników morskich. Pierwsza, najbardziej klasyczna, polega na tym, że statek jest po przejęciu odprowadzany do jakiejś cichej zatoczki, gdzie następuje wyładunek wartościowego ładunku. W przypadku tej metody załoga bywa eliminowana, aby nie sprawiała problemów, najczęściej jednak jest zamykana w jakimś pomieszczeniu i pozostawiana własnemu losowi. Znacznie częstsza jest druga metoda, która polega na błyskawicznym opanowaniu jednostki, sterroryzowaniu załogi i skłonieniu kapitana do otwarcia okrętowego sejfu, który jest opróżniany. Atak taki trwa zwykle kilkanaście, kilkadziesiąt minut i jeśli załoga współpracuje, nie pociąga za sobą ofiar. Trzecia metoda to atakowanie mniejszych jednostek, takich jak łodzie rybackie w celu zabrania połowu, sieci, albo porwania kutra wraz z załogą w celu wymuszenia okupu. Obok tego istnieje czwarta, już wcześniej wzmiankowana przeze mnie metoda polegająca na cichym rabowaniu statków w portach i na redzie, tak, że załoga czasem nawet nie ma pojęcia, że coś zostało skradzione.

Charakterystyka piractwa amerykańskiego jest pod tym względem niesamowita, gdyż praktycznie ani jedna z powyższych metod nie jest często stosowana! Co prawda od czasu do czasu zdarzają się i akty klasycznego piractwa (zwłaszcza ostatniego typu), ale ich liczba jest marginalna w porównaniu z procederem jaki istnieje na amerykańskich wodach. Jego cecha charakterystyczna to niejako pośredniość samego aktu pirackiego. Innymi słowy, na statek napada się dla statku, nie dla łupu na nim się znajdującego. Idzie za tym bezwzględność piratów, nie notowana w żadnym innym rejonie. Załoga najczęściej ginie od kul, a jeszcze częściej zwyczajnie jest terroryzowana i wrzucana do wody na pełnym morzu, stając się pokarmem rekinów. Najczęściej dla dodatkowej pewności, że nie ma świadków zajścia, wyrzucani są wiązani, albo strzela się do nich już w wodzie, dzięki czemu nie trzeba potem myć jachtu z krwi.

Najczęściej stosowane są dwie metody zawładnięcia jachtem – atak z zewnątrz lub od wewnątrz. Pierwszy typ polega na tym, że do jachtu podpływa jednostka piracka i szybko terroryzuje, a następnie dokonuje egzekucji załogi. Ciekawy jest też wariant który wykorzystuje solidarność marynarzy. Często zamiast samemu podpływać, piracka jednostka symuluje jakąś awarię, albo brak paliwa. Zgodnie z obyczajem i prawem morza należy potrzebującemu udzielić pomocy, kiedy jacht podpływa w tym celu do „potrzebującego”, ten zwyczajnie przejmuje inicjatywę i atakuje.

Druga metoda to zaokrętowanie na jakąś większą jednostkę kilku swoich ludzi, albo wynajęcie takiej jednostki przez piratów. Kiedy ta znajdzie się w wystarczającej odległości od brzegu – wypadki toczą się jak poprzednio. Najpierw sterroryzowanie załogi i pasażerów, potem egzekucja.

Kiedy jacht zostanie przejęty, jest kierowany do któregoś z niewielkich portów leżących na którejś z karaibskich wysepek, albo już na samym kontynencie. Tam przechodzi całkowity lifting. Zmieniana jest nazwa, papiery i wygląd. Kiedy jednostka jest już zupełnie nie do poznania, rusza w stronę USA. Najważniejszym miejscem przeładunkowym jest z oczywistych względów Floryda, a zwłaszcza Miami, bo leży najbliżej. Choć nie tylko, gdyż często piraci narkotykowi unikają głównych portów, a przeładunek odbywa się albo w małych przystaniach, albo w umówionym miejscu przy brzegu. Warunki ekologiczne półwyspu, który pokrywają np. rozległe bagna, są tutaj dużym ułatwieniem dla przemytników. Warte podkreślenia jest, że o ile w samolocie przemytniczym mieści się stosunkowo niewiele towaru, o tyle w jachcie jednorazowo często przemyca się nawet po kilkanaście ton narkotyków o wartości idących czasem w setki milionów dolarów.

Na brzegu ładunek jest rozładowywany przez miejscowego kuriera i rozprowadzany dalej. Nic dziwnego, że przy takiej wartości transportów jacht wykorzystywany jest do przemytu najwyżej kilka, a czasem tylko jeden raz. Potem uznawany jest za „spalony” i dla zatarcia wszelkich śladów, ląduje na dnie Zatoki Meksykańskiej. Powstaje zbrodnia doskonała, gdyż dodatkowo jachty w USA tylko sporadycznie bywają ubezpieczone, a jeśli już nawet to często spotykana jest klauzula wyłączająca wypłacenie odszkodowania w przypadku porwania lub zajęcia jednostki. Dlatego porwania jachtów często nie są zgłaszane. Do tego dochodzi fakt, że załoga już dawno zjedzona jest przez rekiny, a wrak leży na dnie zatoki. Z tych wszystkich powodów nigdy nie udało się ustalić ile tak naprawdę jachtów spotkał taki właśnie smutny los.

Kiedy wreszcie władze połapały się o co w tym wszystkim chodzi, zaczęły organizować liczne akcje uświadamiające o zagrożeniu, co spowodowało zmniejszenie liczby jachtów pływających po tych niebezpiecznych wodach. Narkobiznes i z tego znalazł wyjście – łodzie rybackie. Zaczęły one być dość często atakowane. Scenariusz był podobny jak poprzednio – zajęcie, wymordowanie załogi i przerzucanie narkotyków. Łodzie jednak nie były aż tak anonimowe, jak jachty, więc je wykorzystywano przede wszystkim w przerzucaniu narkotyków jeszcze w rejonie Ameryki Południowej.

 

Zwalczanie aktów piractwa i nowe metody przerzutu narkotyków

Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte przyniosły wojnę z narkotykami na dotąd niespotykaną skalę. Oczywiście, wcześniej już starano się zwalczać przemyt i producentów, ale to co wtedy miało miejsce było i jest wydarzeniem zupełnie bez precedensu. Uderzenie przyszło z obu stron. Po pierwsze zaczęto tworzyć specjalne zespoły do walki z narkotykami, w 1973 r. powołano do życia DEA (Drug Enforcement Administration), w walkę włączyła się także dynamicznie straż przybrzeżna (Coast Guard), która wzmogła patrole i unowocześniła sprzęt. Od tego czasu w walce z przemytnikami zanotowano całkiem sporą liczbę przechwyceń małych, a czasem wielkich transportów narkotyków. Cały czas w walkę z narkobiznesem pakowane są grube miliony – na sprzęt, wywiad, akcje przechwytywania narkotyków i akcje uświadamiające.

Z drugiej strony uderzono w biznes narkotykowy w samej Kolumbii, która jest głównym zagłębiem produkcji kokainy na świecie. Kartele w odpowiedzi na akcje rządowe wypowiedziały rządowi i wszystkim walczącym z nimi ludźmi otwartą wojnę, która właściwie trwa cały czas. Jej intensywność spadła, po tym jak największy kartel – z Medelin został rozbity, a sam Pablo Escobar zginął, ale zaraz po tym wydarzeniu schedę przejął konkurencyjny kartel z Cali i interes kręci się nieprzerwanie.

Do tego cały czas trwa nieustający wyścig techniczny między przemytnikami, a tymi którzy ich zwalczają. Do walki włączona została między innymi flota, w której utworzono specjalne oddziały szybkiego reagowania, mające przychodzić z pomocą napadniętym przez piratów jednostkom. Do walki włączono również satelity, które codziennie przekazują do analizy setki zdjęć obszaru Ameryki Łacińskiej i Zatoki Meksykańskiej, pozwalając w ten sposób śledzić ruchy podejrzanych statków i rozmieszczenie plantacji koki oraz konopi indyjskich zarówno w Ameryce Łacińskiej, jak również (w przypadku marihuany) na terenie Meksyku i samych Stanów Zjednoczonych.

Z drugiej strony też trwa wyścig, realizując „paradoks czerwonej królowej”, że aby pozostać w miejscu, należy biec jak najszybciej do przodu. Gangi narkotykowe łożą olbrzymie środki na badania i rozwój metod przemytniczych, tak aby na każdą akcję służb ich zwalczających byli w stanie odpowiedzieć adekwatnie. Łodzie i bazy są zabezpieczone antypodsłuchowo, trwa walka informacyjna, czasem zdarzają się włamania do baz danych agencji rządowych. Metodą najciekawszą i stosunkowo młodą, która cały czas jest rozwijana jest stosowanie do przemytu narkotyków małych łodzi podwodnych – praktycznie niewykrywalnych ani z powietrza, ani drogą satelitarną.

Jeszcze jedną metodą, która staje się coraz bardziej popularna jest łączenie przemytu morskiego z powietrznym. Z Ameryki Południowej startuje w tym celu samolot, który w oznaczonym miejscu dokonuje zrzutu narkotyków. Są one natychmiast wyławiane i dostarczane na ląd, gdzie odbywa się dalszy przemyt. Ta metoda budzi szczególne protesty obrońców środowiska, gdyż do oznaczania strefy zrzutu przemytnicy używają cyjanku potasu, który nadaje wodzie charakterystyczny jasnoniebieski odcień – przy okazji zabijając spore stada ryb morskich, a co gorsza również waleni (co roku ginie z tego powodu ok. 350 delfinów i 10 wielorybów).

Warto też nadmienić, że obecnie ogromne znaczenie, obok Kolumbii – jak dawniej, na szlakach przerzutowych tego regionu ma Meksyk. Miejscowe kartele same dostarczają na amerykański rynek spore ilości narkotyków – głównie marihuany i heroiny, a dodatkowo nawiązały ścisłą współpracę z kartelami kolumbijskimi. Obecnie bardzo duża część przerzutu odbywa się za pośrednictwem meksykańskich pośredników, gdyż zwyczajnie rejon wód przybrzeżnych USA stał się bardzo mocno chroniony (oczywiście ten kanał dalej jest całkiem spory, ale zwyczajnie przemyt nie jest już tak łatwy jak w latach siedemdziesiątych). Duża część statków, które kiedyś zawinęłyby do portów na Florydzie, teraz płynie do meksykańskich, znacznie słabiej strzeżonych (i z władzami mocno skorumpowanymi). Dalej narkotyki przerzucane są drogą lotniczą lub zwyczajnie samochodem przez granicę, choć nie tylko. Znane są bowiem przypadki przemytu np. konnego oraz wykopanie 700 m tunelu między państwami. Pomysłowość tutaj nie zna granic i mimo, że każdego roku przechwytuje się setki ton narkotyków – to jest to tylko mała część całkowitego przemytu.

Nadzieje dla regionu i sposoby rozwiązania problemu

Czy zatem jest jakakolwiek szansa na zakończenie plagi piractwa, która od lat nęka wybrzeże Zatoki Meksykańskiej i pochłonęła już tysiące ofiar? Wydaje się , że to na dzień dzisiejszy jest raczej niemożliwe, chyba, że środki zaangażowane do walki z piractwem (i przemytem narkotyków przede wszystkim) zostałyby jeszcze zwielokrotnione.

Trzeba jasno sobie powiedzieć – narkobiznesu (a jego zwalczenie jest kluczowe dla piractwa w regionie – gdy on zniknie, znikną także piraci) zwyczajnie zwalczyć się nie da, a przynajmniej nie jest to możliwe w perspektywie która byłaby możliwa do przewidzenia. Przykład kolumbijski powinien być dobrze przeanalizowany przez tych, którzy chcą walczyć z przemytnikami. Próba otwartej wojny z nimi pochłonęła tysiące ofiar, wybuchło dziesiątki bomb, samych kandydatów do fotela prezydenckiego zginęło trzech, a kraj spłynął krwią, jeszcze bardziej niż spływał wcześniej. Walka obie strony wyczerpała, kartel z Medelin został rozbity – tryumfowały władze. I co? I nic – nie minęło kilka miesięcy, a interes zwyczajnie przeszedł w inne ręce. Jest to zwykłe prawo rynku, a trudno jest strzelać do „niewidzialnej ręki”.

Gdyby przyszło szukać jakiegoś racjonalnego wyjścia z sytuacji to jedyna chyba droga wygrania z narkotykowymi bonzami prowadzi nie przez zwalczanie plantatorów, bombardowanie zakładów wytwórczych i wzmacnianie granicznych kontroli, ale zwyczajnie przez legalizację narkotyków i to w skali światowej. Właściwie nie ma innej opcji. Walka z producentami to walka z wiatrakami. W biznesie, gdzie rocznie wyciąga się na rękę dziesiątki milionów dolarów nie ma zwyczajnie metody, która zniechęci producentów do produkcji. Zwalczy się jednych, to na ich miejsce powstanie dwóch następnych – bo popyt na rynku ciągle wzrasta. Pomijając kwestie moralne (często wydumane i naciągane) i szkody jakie wyrządzają narkotyki (których się tak na serio nie bada, bo owe narkotyki są nielegalne), trzeba też jasno powiedzieć, że pociągnęłoby to za sobą szereg czynników bardzo korzystnych dla Ameryki Łacińskiej, USA i całego świata.

Po pierwsze, jeśli zalegalizuje się coś, co było nielegalne to zwyczajnie kartele albo przestaną istnieć, albo, co bardziej prawdopodobne wyjdą z podziemia i zwyczajnie zaczną robić legalnie to co potrafią najlepiej. Ogromnie wzrosną wpływy budżetowe, poprawi się bilans gospodarczy, wzrosną inwestycje, spadnie bezrobocie, wzrosną dochody. Za tym, że upadną organizacje przestępcze pójdzie wiele innych czynników. W Kolumbii, jak i w większości krajów latynoamerykańskich, narkotyki są źródłem finansowania wszelkich ruchów wywrotowych i partyzantek. Także oni stracą źródło finansowania, sytuacja się uspokoi, a ich wpływy zmaleją, za to rząd się umocni. Nie mówię, ze jest to lek na wszystkie problemy kolumbijskie i południowoamerykańskie, ale efekt raczej będzie na plus niż na minus.

Wiele korzyści będzie też w samych USA. Narkobiznes to główne źródło finansowania mafii, a te miliardy dolarów, które rocznie przeznacza się na walkę z przemytem zastąpione będzie miliardami wpływającymi do budżetu z ceł i podatków. Jeśli chodzi o rynek konsumencki to moim zdaniem niewiele to zmieni. On zwyczajnie już jest, był i w przyszłości też będzie – tylko państwo z tego nic nie ma – kontrolę w to wliczając. Restrykcje i obostrzenia niewiele tu dadzą bo zwyczajnie narkotyki mają swoich konsumentów. Legalizacja doprowadzi tylko do jawniejszej ich konsumpcji. To jest właśnie w całym tym biznesie najbardziej zdumiewające, że tak naprawdę istnieje wiele rzeczy zdecydowanie bardziej szkodliwych od wielu nielegalnych narkotyków, z alkoholem na czele, a ten, jak uczy historia kiedy był nielegalny doprowadził do powstania struktur mafijnych na wielką skalę. Czy nikt z tego nie wyciągnął wniosków?

O ile można zrozumieć stosowne obostrzenia np. w przypadku silnie uzależniającej heroiny, o tyle już np. zalegalizowanie narkotyków miękkich w stylu marihuany właściwie nie niesie za sobą wyraźnych skutków negatywnych. To samo się ma np. do pejotlu, który przez tysiące lat był wykorzystywany z powodzeniem przez szamanów indiańskich w sposób bezpieczny i z powodzeniem. Jest to swego rodzaju fenomen, że w ojczyźnie wolności obywatelskich dostęp do niektórych substancji jest otwarty, a do niektórych zamknięty i to w sposób zupełnie przypadkowy, biorąc pod uwagę stopień szkodliwości tychże. Idąc dalej można nawet stwierdzić, że pewne narkotyki mogłyby mieć znacząco dodatni wpływ na rozwój pewnych dziedzin wiedzy np. psychologii, resocjalizacji, psychiatrii i wielu innych. Substancją, która bezwzględnie powinna być pod tym względem zbadana jest LSD, które dało w połączeniu z odpowiednią terapią psychologiczną niezłe wyniki np. w resocjalizacji recydywistów.

Na razie jednak trwa wojna, gdyż jest wielu ludziom na rękę. Po 11 IX sprawę przemytników zaczęto łączyć z terroryzmem i zaczęto próbować wrzucać to do wspólnego koszyka. To jest wygodne. Historia uczy, że państwo potrzebuje wroga, jego propaganda potrzebuje wroga. W III Rzeszy – Żydzi, w ZSRR – kapitaliści, a w USA zgodnie z prawidłowością historyczną – Al Quaida i terroryzm oraz narkotyki. Od lat do więzień trafiają z wieloletnimi wyrokami tysiące ludzi, często zwyczajnie za posiadanie. Jakie to przyniosło do tej pory efekty? Żadne. Przyniosło tylko ofiary.

I niestety zakończyć wypada smutną konkluzją – ofiary przynosić będzie. Walka z kartelami to walka z wiatrakami – nie da się jej wygrać. Liczba ofiar będzie wzrastać, starty budżetowe z tytułu przemytu również, a Ameryka Łacińska dalej będzie spływać krwią przelaną w walkach o prymat na rynku, w walkach z władzą i na oceanie za sprawą pirackich aktów. W realistycznych perspektywach czasu nie widzę możliwości załatwienia tego problemu w jakikolwiek sposób, bo na zwyczajne zalegalizowanie narkotyków jest na świecie jeszcze za wcześnie.

Na zdjęciu: narkotyki skonfiskowane przez brazylijską policję w trakcie niedawnej obławy.
Prawa autorskie: Brazylijska Policja Federalna (dcs@dpf.gov.br
)
Źródło: Wikimedia Commons

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę
  Wasze komentarze
 

  ha ha

(~wichura, 08-04-2008 20:10)

Opis: zajebiscie

  Legalizacja

(~vod, 19-03-2006 19:29)

Opis:

 

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl