Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Prawo / Piractwo na Dalekim Wschodzie               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
02-03-2006

 

01-03-2006

 

26-02-2006

  ASEAN walczy z piractwem

+ zobacz więcej

Piractwo na Dalekim Wschodzie 

03-03-2006

  Autor: Paweł Adamiec

Gdybym miał silić się na wyodrębnienie kilku zwykłych stylów działania pirackiego w tym rejonie, stwierdziłbym, że istnieje ich cztery. Pierwszy z nich jest stosunkowo najbardziej zbliżony do typowego napadu pirackiego jaki znamy z historii. Statek zostaje opanowany i przejęty, po czym jest odprowadzany do jakiejś cichej zatoczki, gdzie odbywa się dokładny wyładunek przewożonego ładunku, który szybko jest upłynniany na miejscowym czarnym rynku. Ataki tego typu są często bardzo dokładnie zaplanowane i poprzedzone wywiadem, robione dość często na czyjeś zamówienie, gdyż piraci muszą mieć pewność, że istnieje dostatecznie chłonny rynek zbytu na dobra przewożone przez statek.

 

 

Z drugiej strony może to dotyczyć statków wiozących dobra o dużej wartości, a łatwe do transportu i upłynnienia, na które zbyt znajdzie się zawsze np. sprzęt elektroniczny lub ropa naftowa. Takich ataków nie ma zbyt dużo, gdyż powodują one dodatkowe uciążliwości dla piratów – trzeba przez dłuższy czas liczyć się z możliwością pojawienia się straży przybrzeżnej, trzeba organizować transport i pośredników itd. Los załogi w tym pierwszym typie ataku często bywa smutny, gdyż jej przetrzymywanie stwarza dodatkowe problemy. Dlatego pasażerowie i załoga są często porywani dla okupu, zamykani w jakimś pustym pomieszczeniu albo zwyczajnie mordowani dla zatarcia śladów.

Drugi, bardzo częsty typ ataku przybiera formę szczególnie spektakularną, gdyż tylko sporadycznie zdarza się, że akcja trwa dłużej niż kilkanaście – kilkadziesiąt minut. Atak tutaj zawsze wygląda podobnie – do statku zbliża się szybka łódź motorowa, bądź kilka łodzi. Każda wiezie na pokładzie kilka – kilkanaście osób (najczęściej uzbrojonych po zęby, a czasem nawet wyposażonych w broń przeciwpancerną). Ludzie ci błyskawicznie atakują statek i wchodzą na pokład przy pomocy lin z hakami, lin kotwicznych, albo zwyczajnie grożąc bronią już z wody terroryzują załogę, która zawsze jest od nich znacznie słabiej uzbrojona, jeśli w ogóle jest. Wszyscy ludzie są gromadzeni w jednym miejscu pod bronią, a każda, najdrobniejsza próba oporu kończy się tragicznie dla oponującego. Piratom bardzo zależy na czasie, gdyż stojący statek jest podejrzanym widokiem i może zwrócić czyjąś uwagę. Kiedy większość piratów terroryzuje załogę, kilku zabiera kapitana do miejsca gdzie znajduje się sejf okrętowy (często piraci wiedzą doskonale gdzie jest to miejsce, co jeszcze raz świadczy o tym, że najczęściej akcje nie dotykają przypadkowych jednostek, ale są ściśle zaplanowane). Kapitan nie ma wyjścia – musi sejf otworzyć, gdyż opór lub dyskusja kończy się zwykle pobiciem lub zwyczajnie zastrzeleniem, a piraci są na tyle liczni, że mogą sejf zwyczajnie zabrać w całości, przy okazji zabijając większość załogi. Z otwartego sejfu piraci kradną wszystko, czasem tylko zabierając jeszcze jakiś szczególnie wartościowy, a mobilny ładunek, po czym odpływają. Zdarza się czasem, że dla dodatkowego zabezpieczenia biorą kilku członków załogi na swoje łodzie w charakterze żywych tarcz, ale to nie jest zbyt częsta praktyka. Los załogi najczęściej jest tutaj dość dobry. Zwykle kończy się na kilku sińcach i obywa się bez ofiar, jeśli oczywiście strony współpracują.

Trzeci typ ataku pirackiego zupełnie nie przypomina tego, co w historii nazywać się zwykło piractwem, gdyż w przypadku sprawnie przeprowadzonej akcji, często załoga nie orientuje się w tym co zaszło aż do nastania świtu. Atak tego typu zawsze zdarza się pod osłoną nocy, a najczęściej dochodzi do niego albo w porcie (rzadziej, gdyż porty są najczęściej chronione przez własne portowe jednostki strażnicze) albo w okolicach portów, gdzie oczekują statki czekając na zezwolenie zawinięcia.

W obliczu bardzo szybkiego wzrostu całego handlu światowego, większość portów jest przeładowanych ilością statków jakie do nich zawijają, co powoduje, że statki muszą czekać na wpłynięcie czasem kilka (a w skrajnych przypadkach nawet kilkanaście) miesięcy. Taki stojący statek właśnie narażony jest na atak trzeciego typu.

Do statku zbliża się cicho łódź, albo kilka łodzi, często na wyłączonym silniku, aby nie zwracać uwagi. Na pokład po linie kotwicznej wchodzi kilku piratów, którzy cicho zaczynają wyrzucać swoim kolegom w łodziach wszystko co się im nawinie pod rękę, tak, że często spis strat wygląda dość komicznie, jeśli go porównamy ze stratami poniesionymi w wyniku działań dwóch poprzednich typów. Tych kilku piratów kończy swoją akcję w momencie kiedy zaczyna robić się jasno, łódź jest zbyt obciążona, albo kiedy zorientuje się załoga. W takim wypadku piraci najczęściej bez walki ratują się ucieczką, skacząc do wody, gdzie wyławiają ich koledzy, po czym łódź włącza silnik i szybko odpływa w noc i zanim ktokolwiek dowie się o ataku, piratów już dawno nie ma.

Ataki tego typu w portach całego świata (chyba tylko w Europie właściwie się ich nie notuje) są bardzo częste, dlatego większość z nich zachęca do cumowania jak najdalej od brzegu – czasem nawet w odległości kilkudziesięciu mil. To jest najlepsze zabezpieczenie przed takim atakiem, gdyż dokonują go grupy bez uzbrojenia i sprzętu, charakteryzującego dwa pierwsze typy napadów. Z tego powodu piratom trzeciego typu trudno jest zniknąć, kiedy mają bardzo daleko do brzegu, a statek trudno jest niepostrzeżenie podejść, gdy cumuje w miejscu, gdzie nic nie ogranicza widoczności wachtowym. Ataków tego typu jest stosunkowo najwięcej, gdyż są one bardzo proste i nie wymagają szczególnej finezji. Czasem zdarza się, że jeden okręt bywa atakowany nawet kilkakrotnie na postoju. Także straty materialne i ludzkie najczęściej są niewielkie, gdyż piraci zwykli unikać walki, chyba, że nadarza się okazja np. obezwładnić lub zabić wachtowego, nim ten zdąży wezwać pomoc, ale taki obrót wypadki przybierają tylko sporadycznie.

Czwarta i ostatnia metoda działań pirackich w rejonie Azji Południowo-Wschodniej dotyczy ataków miejscowych na miejscowych. Istnieją dwie grupy szczególnie narażone na taki atak. Pierwszą są rybacy. Dzieje się to z kilku powodów. Po pierwsze ryby w Azji stanowią dość sporą wartość, gdyż są podstawą codziennej diety. Czasem zdarza się, że kutry napada się w momencie, kiedy już zostały wybrane sieci z połowem. Nie pozostaje nic innego, jak upłynnić zabrane ryby na miejscowych rynkach. Równie często przy tej okazji kradnie się rybackie sieci – które osiągają sporą wartość. Dlatego, wiedząc, że kiedy zostaną dogonieni i tak najpewniej stracą jedno i drugie – rybacy, którzy dostrzegą piratów, a jeszcze nie wybrali połowu, zwyczajnie odcinają sieci i uciekają.

Pogoń zdarza się tylko, kiedy to nie ryby i sieci były celem ataku, a sama łódź. Azja jest terenem gdzie kwitnie wszelki przemyt i czarny rynek, a łodzie rybackie, których w rejonie są dziesiątki tysięcy świetnie się do przemytu nadają (nie mówiąc już o tym, że są same w sobie sporo warte), nie tylko do tego zresztą. Dokładne wiadomości o lokalizacji okrętów też nie biorą się z nikąd. Wiele łodzi wyglądających na rybackie, które codziennie mijają wielkie statki przepływające przez cieśniny azjatyckie, to zwyczajnie informatorzy, albo piraci, a nie rybacy. Bardzo trudno najczęściej na pierwszy rzut oka odróżnić jednych od drugich z tego prostego powodu, że piratami najczęściej zostają właśnie byli rybacy, którzy utracili wszystko przez piratów. Nie mając nic do stracenia i znając akwen – podejmują ryzyko i wstępują do band, a jeden dobrze przeprowadzony atak daje im zyski większe niż kilka lat ciężkiej pracy.

To jest najważniejsza przyczyna azjatyckiego piractwa – samo piractwo. Ludzie widzą, jak piraci się bogacą, jak szybko pną się na szczyt, jakie zdobywają fortuny (bo w krajach, gdzie tysiące osób żyje za mniej niż dolara dziennie, życie za kilkadziesiąt to już fortuna). Dodatkowo piractwo jest zajęciem często pokoleniowym, nie jest potępiane moralnie i nigdy nie było, wręcz przeciwnie, piraci uważani są za jednych z ostatnich prawdziwych mężczyzn według tradycyjnych wzorców - wojowników. To powoduje, że piratów w rejonie jest coraz więcej.

Drugą grupą szczególnie narażoną na pirackie ataki są tzw. „boat people” – uciekinierzy, którzy konstruują małą łódkę, albo płacą pośrednikowi, aby tylko zbiec z kraju, gdzie czekają ich polityczne prześladowania. Najwięcej tego typu uciekinierów wypływa z Wietnamu, wioząc na powierzchni takiej małej i zupełnie bezbronnej łódeczki dorobek całego życia. Na tą okazję czekają szczególnie bezwzględni piraci. Napady zdarzają się niezmiernie często, tak często, że ogromny odsetek uciekinierów nigdy nie dociera do miejsca przeznaczenia. W momencie napadu, uciekinier może tylko załamać ręce, bo piraci mają nad nim miażdżącą przewagę. On sam i jego rodzina czasem uchodzą z życiem, (po tym, jak piraci się z nimi pobawią przez kilka godzin gwałcąc kobiety w każdym wieku, a mężczyzn torturując) jednak dobytek zawsze jest zabierany. Ci którzy przeżywają atak, mimo cierpień i tak muszą mówić o szczęściu. Najczęściej piraci zwyczajnie po zabraniu wszystkiego mordują „boat people” dla zatarcia śladów i zwykłej zabawy, wiedząc, że i tak nikt się o nich nie upomni.

Obok wszystkich tych działań, które są w 100% pirackim procederem, w ostatnim wieku pojawiło się jeszcze jedno zjawisko, które cały czas przybiera na sile, ze względu na bardzo duże zyski, jakie jest w stanie wygenerować. Nie można go zaliczyć do piractwa w klasycznym znaczeniu tego słowa, gdyż nie polega na bezpośrednim rabunku statków, ale na wyłudzaniu odszkodowań od firm ubezpieczeniowych i przejmowaniu ładunku, przez tworzenie fikcyjnych przedsiębiorstw. Jest to przedsięwzięcie na tyle skomplikowane, że zajmują się nimi najczęściej nie drobni ciułacze, ale dobrze zorganizowane grupy przestępcze, jak słynna triada z Hongkongu, dla których stanowi to tylko jeden z filarów działalności. Walka z tymi zorganizowanymi przestępcami jest szczególnie trudna, bo dysponują one kapitałem i środkami, które są w stanie przekonać nawet zajadłych oponentów, by nie działać przeciw nim zbyt sprawnie.

Są zasadniczo dwie metody robienia takich przekrętów. Pierwsza polega na wpisaniu w dokumenty przewozowe jakiegoś dość cennego ładunku i załadowaniu statku tylko odrobiną ładunku, aby byli świadkowie, że okręt faktycznie przewoził to co widnieje w dokumentach. Następnie statek wyrusza w morze i jest zatapiany, a armator zgłasza się po odszkodowanie za statek i ładunek. Druga metoda polega na braniu faktycznego towaru, sprzedawaniu go w innym miejscu niż port przeznaczenia i zatopieniu statku dla zatarcia śladów, po czym dodatkowo czyni się starania o odszkodowanie. Czasem takie statki bywają wykorzystywane kilkakrotnie i nie są zatapiane, ale zwyczajnie na morzu zmienia się dokumenty statku i jego wygląd – po czym następuje wyłudzenia odszkodowania. W odpowiedzi na potrzeby rynku (gdyż wiadomo, że statki, które idą na dno to pływający złom) powstały nawet specjalne grupy w dużych portach azjatyckich, zajmujące się kradzieżą ze złomowisk statków, które jeszcze potrafią utrzymać się na wodzie i dostarczaniu ich do zatopienia.

Skala tego zjawiska jest dość znaczna, gdyż jak wykazały dochodzenia powołanej przez towarzystwa ubezpieczeniowe i policję Zespołu Śledczego Regionu Dalekiego Wschodu (FERIT) – w samych tylko latach 1978-79  u wybrzeży Japonii, Hongkongu, Singapuru i Tajwanu na dno poszło aż dwadzieścia osiem pustych statków, za które firmy ubezpieczeniowe wypłaciły odszkodowania idące w dziesiątki milionów dolarów, a łącznie w wyniku śledztwa doszukano się aż czterdziestu siedmiu takich pustych wraków, za które wypłacono odszkodowania w wysokości ponad dwustu milionów dolarów. Pieniądze te, mimo wykrycia oszustwa, są oczywiście nie do odzyskania, gdyż firmy i armatorzy odbierające je zawsze znikają zaraz po odebraniu odszkodowania.

Na pierwszy rzut oka w obliczu przedstawionych faktów może się wydawać, że zwalczanie piractwa w Azji nie powinno być znowu takie trudne. Chcą tego armatorzy – bo piraci czynią im spore straty, chce tego policja – bo do tego jest powołana, chcą tego rybacy i ludność – bo piractwo mocno daje im się we znaki, chcą tego władze państw azjatyckich i nie tylko – bo piractwo uderza w handel. Dlaczego zatem piractwa w Azji nie udaje się zwalczyć? Czemu jest to problem z którym walczy się od zarania dziejów? Odpowiedź sama się pojawia, jeśli do pierwszego rzutu oka dołożymy drugi.

Armatorzy niby nie chcą piractwa, ale część z nich jest nieuczciwa i współpracuje z piratami, biorąc za to ciężkie łapówki i dostając przynajmniej częściowe gwarancje bezpieczeństwa dla własnych jednostek. Dodatkowo armatorzy bardzo często płacą piratom haracz w zamian za pozostawienie ich statków w spokoju, co umacnia piratów finansowo, pozwalając im utrzymywać przewagę technologiczną nad jednostkami przeznaczonymi do ich zwalczania. Dalej zapytać można – czy chce tego policja? Nie, a to z kilku powodów. Pierwszy z nich to łapówki i uwikłanie funkcjonariuszy wszystkich sił zwalczających piractwo we współpracę z nimi. Jak możliwa jest walka z piractwem, kiedy za każdym niemal razem, gdy dochodzi do napadu jednostek odpowiedzialnych za walkę albo akurat nie ma w pobliżu, albo dziwnym trafem stoją zepsute w porcie. Dodatkowo niemożliwa jest skuteczna jakakolwiek większa akcja wymierzona w piratów z tej prostej przyczyny, że będą oni o niej wiedzieć zanim jeszcze do czegokolwiek dojdzie. Ostatnim argumentem jest zwyczajnie dbanie o własną skórę, gdyż policja może przeciwko świetnie i nowocześnie uzbrojonym rozbójnikom wystawić zwykle jednostki które w obliczu starcia zostałyby zwyczajnie pokonane. Dlatego większość z nich woli przymykać oczy na poważnych piratów, a wyłapywać początkujące płotki.

Kolejna kwestia to postawa rybaków – bardzo często chcą samemu mieć spokój, współpracują oni z piratami – dostarczają im informacji o ruchach statków i interesujących zdobyczach, albo rybakami są tylko dorywczo, dla przykrywki prawdziwej działalności. W efekcie nikt nigdy nie jest w tej sytuacji pewny czy ma do czynienia z rybakiem czy z piratem, a może z jednym i drugim na raz. Co zatem z ludnością wybrzeży? Odpowiedź jest prosta – piraci nie biorą się z nikąd, ale pochodzą właśnie z tamtej ludności. Innymi słowy, jeśli ludność narzeka to nie na piratów miejscowych – których nie wyda – bo dają pracę, łupy pozwalają podnieść status materialny, czasem całych wiosek, a przy okazji w razie napadu mogą być trzonem obrońców. Jeśli już psioczą, to na tych z sąsiedniej wioski, prowincji – bo to oni łupią właśnie ich. Następuje swoista wymiana, gdzie każdy kryje swoich, a wszyscy narzekają – w rezultacie nie jest możliwe odcięcie piratów od ich bazy lądowej.

Co w tej sytuacji robią władze? Po pierwsze – władze niewiele mogą zrobić, bo potencjał piratów zwyczajnie często jest nie do przeskoczenia bez wyłożenia gigantycznych sum na dozbrojenie jednostek zwalczania piractwa, a i to w obliczu powszechnej korupcji i braku nieuwikłanych w układy z piratami funkcjonariuszy, niewiele może dać. Do tego problemem jest swoista polityka regionalna. Łupy nie znikają w próżni, tak samo pieniądze zrabowane nie znikają w tajemniczych okolicznościach – one zwyczajnie z czarnego rynku trafiają do gospodarki, co umożliwia prężniejszy rozwój regionów. Bogaty pirat może dać zatrudnienie wielu ludziom, a bogactwa by nie miał, gdyby nie piractwo. Inaczej mówiąc – piractwo przyczynia się znacznie do rozwoju regionów nadmorskich państw położonych wokół ważnych szlaków żeglugowych. Na dodatek, nawet gdyby szczebel centralny państwa chciał uderzyć w piratów, to już na szczeblu lokalnym nastąpi paraliż decyzyjny, bo korupcja wśród urzędników istnieje też na masową skalę, a uderzanie w piratów to uderzanie we własne interesy i gospodarczą podstawę bytu tysięcy ludzi. Oczywiście można powiedzieć, że zwalczenie piractwa też by przyniosło wzrost gospodarczy tych regionów, ale jednak nie byłby porównywalny. Jedyną alternatywą często byłoby zwyczajnie rybołówstwo, które przynosi znacznie mniejsze zyski, a do tego pamiętać trzeba, że rabowany kapitał najczęściej nie jest miejscowego pochodzenia. To, że kilkuset rybaków rocznie traci swoje łodzie, albo życie jest znacznie mniejszą stratą dla regionu jako całości, niż ewidentne zyski, jakie daje przejęcie przez piratów kilkunastu milionów dolarów w żywej gotówce, które potem wchodząc do gospodarki bardzo mocno ja ożywiają.

Wszystkie te zależności powodują jedno – ciągły rozrost pirackiej potęgi. Jest to zjawisko zwyczajnie niemożliwe do zwalczenia. Zdecydowanie na piractwie tracą jednostki, ale całe rzesze piratów, rybaków, paserów, ludzi władzy, przemytników, handlarzy zwyczajnie czerpią z tego krociowe zyski. To jest główny powód dla którego nikt tak na serio z piractwem walczyć nie chce – przynosi ono znacznie więcej pożytków niż strat, zwłaszcza, że traci głównie Zachód, a nie miejscowi.
Jeśli już ktoś chce podjąć walkę, to są to władze szczebla centralnego, które robią to bardziej na pokaz, świetnie wiedząc, że realia są takie a nie inne – piractwa i tak się nie zwalczy, a będzie można przynajmniej podać jakieś ładne statystyki lub przykłady działań zdenerwowanym przedstawicielom państw tracących swoje statki. Niewiele pomoże fakt wielokrotnego podnoszenia sprawy piractwa na posiedzeniach Komitetu Morskiego OECD, zapytania Wielkiej Brytanii, Japonii i Norwegii w sprawie piractwa w rozmowach z Indonezją, ani nawet apel Zgromadzenia Ogólnego Międzynarodowej Organizacji Morskiej z listopada 1983 do rządów krajów azjatyckich o większą energię w zwalczaniu piractwa.

Problem polega również na tym, że przez długi czas władze centralne krajów, nawet w ramach ASEAN nie podejmowały zbyt wielu działań kompleksowych i skoordynowanych. Ich stanowisko, zaangażowane środki itd. były bardzo niejednolite. Aby zwalczać skutecznie piractwo na Filipinach potrzebna jest współpraca ze strony Malezji i odwrotnie. Jej z kolei dla zwalczania własnego piractwa konieczna jest pomoc Tajlandii. Do momentu, kiedy nie zostanie stworzony łańcuszek powiązań uderzających w piratów sytuacja niewiele się zmieni. Dodatkowym i poważnym problemem jest krępowanie ewentualnych inicjatyw przez przestarzałe prawo morza, które np. formułując w Art. 111 zasady dotyczące prawa do pościgu, właściwie uniemożliwia współdziałanie, mimo dobrych chęci które od czasu do czasu się przejawiają np. we wspólnym memorandum rządów Malezji i Filipin w sprawie zorganizowania wzdłuż granicy morskiej między obu państwami wspólnych patroli zbrojnych. Ostatnimi czasy widać jednak mocny ruch do przodu w tworzeniu nowych uregulowań.

Najważniejszym z nich jest Regionalne porozumienie o zwalczaniu piractwa i rozbójnictwa morskiego w Azji, przyjęte 11 XI 2004 r. przez bardzo dużą grupę państw – ASEAN + 3 (Chiny, Japonia, Korea), a do tego jeszcze Indie, Sri Lankę i Bangladesz, które także (zwłaszcza Bangladesz) borykają się z piractwem. Porozumienie idzie dość daleko, albowiem w Art. 1. Dokonano podziału na to, czego wielu chciało już dawno. Oddzielono „piractwo” (którego definicja nie zmieniła się w stosunku do zapisów Konwencji z Montego Bay) od „rozbójnictwa morskiego”.

To, co zdefiniowano, jako „rozbój morski” to w myśl podpunktu 2 Art. 1. (a) każdy nielegalny akt przemocy, zatrzymania lub jakikolwiek akt rabunku, popełniony dla prywatnej korzyści i skierowany przeciw statkowi lub przeciw ludziom albo własności na nim się znajdującym, dokonany w miejscu w którym Wysokie Umawiające Się Strony sprawują jurysdykcję nad takimi przestępstwami; (b) każdy akt dobrowolnego współuczestnictwa w operacji dokonanej na statku z zamiarem uczynienia z niego statku uprawiającego rozbój morski; (c) każdy akt zachęcania lub umyślnego ułatwiania aktu opisanego w powyższych paragrafach (a) lub (b). W podpunkcie 1 Art. 1. utrzymano definicję „piractwa z konwencji z Montego Bay.

Zakres współdziałania państw w zwalczaniu obu form morskich zbrodni dość ściśle precyzuje Art. 3. – 1. Każda z Umawiających się stron ma, zgodnie ze swoim prawem wewnętrznym oraz regulacjami i przyjętymi zasadami prawa międzynarodowego, czynić każdy wysiłek by podejmować efektywne środki w poszanowaniu mając co następuje: (a) zapobieganie i ściganie piractwa oraz rozboju morskiego; (b) aresztowanie piratów albo osób które popełniły rabunek morski; (c) konfiskowanie statków lub samolotów użytych dla popełnienia aktu piractwa lub rozboju morskiego, konfiskowanie statków przejętych i znajdujących się pod kontrolą piratów lub osób które popełniły rozbój morski, a także rekwirowanie dobra znajdującego się na pokładzie takich statków; a także; (d) ratowanie poszkodowanych statków i ofiar rozbójnictwa morskiego. Dodatkowo pozostawiono otwarty podpunkt 2. mówiący, że – nic w tym artykule nie stoi na przeszkodzie aby każda z Umawiających się stron przedsięwzięła dodatkowe środki na swoim własnym lądowym terytorium, w poszanowaniu mając powyższe paragrafy od (a) do (d).

Dodatkowo ustalono bardzo dokładne zasady zaistnienia Centrum wymiany informacji w Singapurze (rdz. II). Głównym celem owej placówki będzie badanie i zbieranie informacji, analiza sytuacyjna, kolportowanie danych i ich wymiana, kooperacja w zakresie zwalczania piractwa, rozbójnictwa morskiego i pomocy ofiarom tych aktów.

Informacje na temat piractwa są zbierane przez IMO (Centrum do Spraw Piractwa w Kuala Lumpur) i następnie kolportowane, jednak państwa z wiadomych względów niechętnie przekazują takie dane. Dlatego wiele aktów piractwa nie jest zgłaszane, kolejne setki, a może tysiące są zwyczajnie przemilczane przez samych napadniętych w obawie przed zemstą, represjami, albo po prostu dlatego, że poszkodowani nie wierzą w skuteczne działanie państwa – w czym trudno im się dziwić.

Mimo tego powstają raporty. Według najnowszego raportu rocznego IMB na temat piractwa z lutego 2005, na wodach całego świata w roku 2004 miało miejsce 325 aktów piractwa, z czego region Azji zdecydowanie przoduje – 93 ataki w rejonie Indonezji (co i tak jest bardzo poważnym spadkiem w porównaniu z rokiem 2003, kiedy zanotowano aż 121 ataków), 37 w Malezji, 9 w Tajlandii, 8 w Singapurze i na Morzu Południowochińskim. Do tego po kilka ataków w każdym innym państwie regionu. Łącznie w tej strefie – licząc od Filipin, aż po Birmę – zanotowano170 ataków, co oznacza, że ponad 52,3 % wszystkich akcji pirackich na świecie zdarzyło się właśnie tam. Porównując te dane z raportem za rok 2003 widać dość wyraźny spadek, gdyż wtedy w rejonie zanotowano 189 akcji pirackich na 445 odnotowanych na świecie. To z kolei oznacza, że było to 42,5 % całego światowego piractwa. Cofając się jeszcze bardziej okazuje się jednak, że te wahania są zwyczajnie przypadkową fluktuacją i raczej nie odzwierciedlają faktycznego spadku ilości aktów pirackich, a co najwyżej chwilowe zmniejszenie ich intensywności. Rok 2002 przyniósł bowiem 166 aktów piractwa, 2001 – 117, a idąc jeszcze dalej np. 1998 – 88, 1996 – 124, a 1991 – 88. Wyraźny spadek obserwuje się tylko w latach 1993-94 (odpowiednio 16 i 38), ale był to efekt krótkotrwały spowodowany zmasowanymi akcjami policji, które wyraźnie pokazały, że na krótką metę z piractwem da się walczyć, ale w perspektywie długoterminowej właściwie zwalczenie piractwa nie jest możliwe, gdyż już w roku 1996 zanotowano aż 124 ataki.
Patrząc na te dane można właściwie odnieść tylko jedno wrażenie – do momentu, kiedy nie nastąpi całkowity upadek handlu morskiego, albo kraje azjatyckie nie zamienią się w państwa dobrobytu z silną władzą i bez korupcji, piraci zwyczajnie na tym akwenie będą, gdyż liczby ataków pirackich są zupełnie przypadkowe. W tej sytuacji Azja jest skazana na piractwo, które może chwilowo zostać ograniczone w roku 2005 ze względu na falę tsunami, która zwyczajnie zniszczyła wiele jednostek pirackich. Widać taką tendencję w danych za okres 1I – 30 IX 2005, gdzie odnotowano zaledwie 96 pirackich napadów (z czego 61 w Indonezji). To jest jednak moim zdaniem sytuacja przejściowa. Za rok, góra dwa lata prawdopodobnie liczba ataków powróci do „normalności”, gdyż walka z piractwem będzie tylko wtedy możliwa jeśli wola współdziałania przejdzie z papieru w czyny.

Źródło ilustracji: Open Clip Art Library

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę
  Wasze komentarze
 

  ??

(~Lidia, 01-06-2006 15:48)

Opis:

  IMB Piracy Reporting Centre - Kuala Lumpur [ 6 ]

(~Lidia, 01-06-2006 14:44)

Opis:

 

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl