Kryzys religii

26-09-2008

Autor: Andrzej Gwarda

Przed dwoma tygodniami zakończyła się pielgrzymka następcy św. Piotra we Francji, papieża Benedykta XVI. Przyznam się szczerze, obawiałem się tej wizyty. Jak powszechnie wiadomo, Francja jest stolicą laickiej Europy, bastionem oraz symbolem kryzysu katolicyzmu na starym kontynencie. Miniona pielgrzymka Głowy Kościoła miała pokazać jak wielkie rozmiary przybrał regres wiary oraz czy są jeszcze jakiekolwiek nadzieje na odbudowanie tego, co po Soborze Watykańskim II konsekwentnie stacza się w dół.


Jak to zwykle w takich wypadkach bywa, opinie dość sztywno podzieliły świat intelektualistów oraz osób duchownych. Bez uzyskania recepty na problem, naprzeciw obojętnemu tłumowi, papież zdawał się nie podzielać optymizmu prezydenta Sarkozego - osoby bezpośrednio przyjmującej Benedykta XVI (to w końcu dwie Głowy Państw). Francuz próbował ratować wizerunek katolicyzmu w swoim kraju. Nic dziwnego.

Model życia Europejczyków, ich skala wartości oraz nijakie podejście do spraw egzystencjonalnych, nie są już w takim stopniu uzależnione od roli Kościoła jak to miało miejsce kiedyś. Religia została skutecznie zastąpiona szeroko rozumianym pojęciem skoku cywilizacyjnego, którego charakterystyka sprowadza się do wygód, luksusów w życiu doczesnym. Są one na tyle przyjemne, że dogmaty religijne nie stanowią dla nich żadnej konkurencji a stają się tylko dodatkiem. Moralizatorska rola Kościoła przestała wytyczać granice ludzkiej natury, ludzkiego bytu oraz możliwości ludzkiego działania.

Ciekawie na tę sprawę zapatruje się francuski historyk Emmanuel Todd, który w swoich rozważaniach skupia swoją uwagę na owych tłumach witających papieża we Francji. Owe tłumy stanowić miały masę zobojętniałych ludzi, traktujących spotkanie z papieżem jako zwykłe odwiedziny znanej ikony świata polityki. A nie jako ewangelisty, mierzącego się z największym kryzysem wiary od blisko dwóch stuleci. Wniosek jest prosty: oczekiwania obu stron dialogu były zdecydowanie różne, co nie gwarantowało osiągnięcia jakichkolwiek satysfakcjonujących rezultatów.

Kryzys Kościoła Katolickiego w Europie ma również swoje odzwierciedlenie w tym, że brakuje moralnie czystego autorytetu, którego całą tą układankę pchnąłbym do przodu. Nieodżałowany Jan Paweł II, człowiek, który samą swoją osobą potrafił skupiać wokół siebie tłumy oraz na chwilę stworzyć prawdziwie wielki kościół, posiadał olbrzymią charyzmę. Cechę, która dawała mu możliwość swobodnego przekonywania ludzi do potrzeby dalszej wiary oraz umiejętności osiągnięcia wewnętrznego kompromisu między rzeczywistością a religią. Z całym szacunkiem dla Ratzingera - on tych umiejętności nie posiada. I nie należy na to patrzeć tylko z punktu widzenia czysto pragmatycznego. Jak w swoim artykule pisze Robert Krasowski, trafił na czasy, w których Europejczycy przestali sobie zadawać pytania na tematy egzystencjonalne. Z pustego i Salomon nie naleje...

Dotychczasowe działania Kościoła Katolickiego skupiały się głównie na spuściźnie Jana Pawła II - konsekwentnych pielgrzymkach, ewangelizacji oraz apelach wystosowywanych do społeczeństw. Los chciał, że wewnętrzna siła jednego człowieka oraz dar perswazji i przywództwa, potrafiła zdziałać cuda w stopniowo sekularyzowanej Europie. Teraz, w obliczu braku autorytetów Watykan musi wypracować nową strategię, bardziej konkurencyjną oraz bardziej liberalną niż dotychczasowa. Słowa te mogą zostać odebrane jako herezja, ale w obliczu zmasowanej imigracji do Europy (przede wszystkim mieszkańców wschodu i bliskiego wschodu), to jedyna szansa na wspólne postrzeganie tej samej rzeczywistości na jednakowy sposób. Państwa świeckie nie są w stanie nas obronić przed zewnętrznym naporem i bezradnie godzą się na stopniową śmierć religii. A to jedna z niewielu nadziei na wspólną, europejską tradycję.


Copyright by © 2006 by e-polityka.pl - Pierwszy Polski Serwis Polityczny. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.