Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Prawo / Piękna i Bestia               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
20-02-2010

  Kobieta na prezydenta

28-01-2010

 

05-12-2009

 

27-08-2009

  PSL obroni najbiedniejszych?

29-07-2009

 

14-03-2009

  Raport Pitery w "aferze Pawlaka"

01-03-2009

 

+ zobacz więcej

Piękna i Bestia 

12-10-2008

  Autor: Katarzyna Bedełek

Do wszechobecnego trendu, by do pierwszej linii politycznego frontu werbować kobiety, zdążyliśmy już przywyknąć. Pamiętamy, jak w „Bitwie Warszawskiej” o fotel prezydencki Hanna Gronkiewicz Waltz utarła nosa dryfującemu na fali popularności Kazimierzowi Marcinkiewiczowi. Pamiętamy, jak Donald Tusk w lipcu 2008 roku zapragnął zaspokoić informacyjną zachłanność dziennikarzy ustami Agnieszki Liszki. Teraz po kobiecy patent rządzącej partii zamierza sięgnąć nie kto inny, jak jej wierny koalicjant.

 

 

Ludowcy na miesiąc przed początkiem kongresu Polskiego Stronnictwa Ludowego do bloku startowego przymierzają panią minister pracy. Przed nią wyścig nie tyle karkołomny, co stresujący. W partii spod znaku koniczynki zanosi się bowiem na wybory nowego szefa. I jak tu przeceniać szanse subtelnej pani minister w starciu ze strażackim herosem, niewzruszonym jak skała obecnym liderem PSL? Przypomina to uderzanie głową w mur z intencją skruszenia betonu i zarazem uniknięcia guza. Czy faktycznie może dojść do bratobójczego pojedynku dwóch czołowych postaci z obozu Ludowców i przewidywalnej klęski jednej z nich? Wiele wskazuje na to, że okazja ku temu nadarzy się właśnie na początku listopada.

Obserwatorzy rodzimej sceny politycznej w oczekiwaniu na wyłonienie nowego (starego?) lidera Ludowców nie powinni jednak nastawiać się na przeżycie olimpijskich emocji. Zamiast nasycenia się krwią, potem i łzami najprawdopodobniej przyjdzie im przegryźć danie oklepane i to w starym, nudnym gronie. Innymi słowy - zjazd rodziny PSL przebiegnie w charakterze niedzielnego obiadu. W towarzystwie wzajemnej adoracji padną słowa o koalicyjnych, nieziemskich sukcesach i jeszcze bardziej kosmicznych planach na przyszłość. Po sielankowych pogaduchach głos zabierze Waldemar Pawlak, który w krótkim i zwięzłym oświadczeniu podziękuje za miażdżące poparcie. Wspomni też zapewne, między wierszami, o swoim marionetkowym rywalu w wyścigu o fotel prezesa PSL. I jemu wypada się ukłonić. Przecież wskazanie przewodniczącego z listy, na której figuruje jedno jedyne nazwisko, wyborem nazwać się nie da. A tak przynajmniej zachowano pozory. Taki scenariusz wydaje się najbardziej prawdopodobny. W polityce jednak zdarzają się cuda. Jakiś przykład? A niech będzie - koalicja PiS-Samoobrona-LPR. Dlaczego więc pani Jolanta Fedak nie miałaby w cudowny sposób oczarować klubowych partnerów i przy ich aplauzie zdetronizować Waldemara Pawlaka? Załóżmy więc wariant B i na linii startu ustawmy duet równych, godnych siebie rywali. Pogdybajmy nad potencjałem kandydatów, rzucając okiem na ich CV.

Faworyci Ludowców do zajęcia najważniejszego stołka w partii to dwoje ludzi o skrajnych charakterach i całkowicie odmiennych doświadczeniach. Oboje przyszli na świat w podobnym okresie. Były to czasy kojarzone z bezmięsnymi poniedziałkami i Gomułkowską retoryką. Ich drogi do ministerialnych gabinetów rządu Donalda Tuska wiodły przez inne światy. Na początku lat 90. Jolanta Fedak przygodę z Ludowcami rozpoczynała u boku lubuskiego lidera PSL - Józefa Zycha. Współpraca z byłym marszałkiem sejmu zaowocowała zdobyciem posady wicewojewody lubuskiego za rządów koalicji SLD-PSL. Do wielkiej polityki podążała zatem małymi kroczkami, zbierając cenne doświadczenie na lokalnym podwórku. Nie zawsze było z górki. Porażkę wyborczą o prezydenturę w Zielonej Górze chciała sobie powetować mandatem do senatu. Nie udało się, pomimo zebrania 46 tys. głosów. Potem nagle pomocną doń wyciągnął sam Donald Tusk i zaproponował ciepłą rządową posadkę.

Kariera Waldemara Pawlaka to zupełnie inna bajka. Dzisiejszy minister gospodarki w latach osiemdziesiątych imał się różnych profesji. A to zmagał się z urwisami w podstawówce, a to innym razem doglądał zwierząt we własnym gospodarstwie. Wystarczyło jednak, że zapisał się do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, a niemal automatycznie połknął bakcyla polityki, i to polityki w wersji makro. Bardzo szybko wywalczył mandat posła Sejmu kontraktowego. Dalej poszło jak z płatka. W 1992 r., już jako szeregowiec Polskiego Stronnictwa Ludowego, został namaszczony przez Wałęsę na kreatora nowego rządu. I choć tzw. „33 dni Pawlaka” kojarzono potem bardziej z Waterloo niż siedmioma dniami Stworzenia Świata, to dzielny działacz broni składać nie zamierzał. Po raz drugi wszedł do tej samej rzeki i tym razem popływał w niej przez dwa lata. Wystartował też w wyborach prezydenckich, po których co prawda nie trafił do Belwederu, ale bazując na uzyskanym poparciu społecznym zdołał obalić Jarosława Kalinowskiego i zostać liderem ugrupowania.

Dziś gra w jednej drużynie z kapitanem Donaldem Tuskiem. Jedną z jego partnerek w „politycznym ataku” rządu jest Jolanta Fedak. Na razie na płaszczyźnie gabinetu parlamentarnego strzelają do tej samej bramki. Czy turniej pod nazwą „Kongres PSL” przyniesie nam plejadę nieczystych zagrań, samobójczych bramek czy nawet czerwonych kartek? A niech tam sobie pogrywają jak im się podoba. Byle nam EURO z tego powodu nie odebrali.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę

  Dodaj komentarz
 
Autor:
Tytuł:
Treść:

Przepisz kod z obrazka:    
+ powrót
 

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl