Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Prawo / Artykuły / Syndrom prawicy na lewicy               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
17-06-2009

 

06-01-2009

  Napieralski raportem pokona Olejniczaka?

03-01-2009

 

20-12-2008

 

24-10-2008

 

11-06-2008

 

29-05-2008

 

+ zobacz więcej

Syndrom prawicy na lewicy 

05-02-2009

  Autor: Paweł Kaleski

W ostatnich miesiącach polska lewica pod sztandarami SLD weszła w fazę egzystencji przypisywaną do tej pory ugrupowaniom obozu prawicowego. Chodzi o rozdrobnienie, kłótliwość i w efekcie znaczny spadek poparcia społecznego. Nagle okazało się, że choroba, na którą cierpiały i nadal cierpią partie mniej lub bardziej wywodzące się z korzenia solidarnościowego, teraz dopadła lewicę.

 

 

Środowisko, które przez kilkanaście pierwszych lat transformacji ustrojowej w Polsce wydawało się być odporne na tego typu przypadłości. Na lewicowej łodzi, w tym okresie bywało różnie, ale w tych najważniejszych, najtrudniejszych momentach obóz ten charakteryzowała jedność i lojalność. Szyld SLD wydawał się być niewzruszony w obliczu kolejnych wstrząsów na polskiej scenie politycznej, że o podziałach nawet nie ma co wspominać. Jednak nadszedł czas, kiedy okazało się wreszcie, że i tu także są konflikty interesów, pokoleń, a także rozdźwięk, co do tego, jak i w jaki sposób stawiać czoła obecnym i przyszłym wyzwaniom stojącym przed poszczególnymi partiami jak i państwem.

Czar prysł i wyszło na jaw także to, że słynny twardy elektorat SLD-owski także nie jest aż tak liczny, jak do tej pory się wydawało. Moment, w którym wszyscy oczekiwali na nowe rozdanie lewicy na polskiej scenie, nowe oblicze i nowe twarze, okazał się początkiem poważnych perturbacji w tym środowisku. Perturbacji, które trwają nadal i zdają się nie mieć końca. Chwilą tą było dojście młodych działaczy do kierowniczych stanowisk w partii.

SLD jeszcze jako SdRP udanie zmarginalizowała lub wchłonęła ewentualnych rywali po swojej stronie frontu i osiągnęła monopol w oddziaływaniu na życie publiczne z lewicowego punktu widzenia. Dla wszystkich było jasne, że nie jest to ugrupowanie socjaldemokratyczne w sensie rozumienia zachodnioeuropejskiego, bowiem nikt nie krył, skąd wywodzi się to środowisko, ale tak naprawdę innej, realnej lewicy nie było. Sami działacze mieli świadomość, że udała im się rzecz naprawdę trudna i tak naprawdę był to ich wielki sukces. Jednak już niedługo miał nadejść tryumf, o którym pewnie wielu z nich nie marzyło, że nadejdzie tak szybko. Okazało się, że obóz solidarnościowy podzielił się na wiele małych tworów, które w zdecydowanej większości nie są w stanie nie tylko ściśle współpracować, ale i w ogóle się ze sobą dogadać. Dzięki temu koalicja pod nazwą Sojuszu Lewicy Demokratycznej wygrała wybory parlamentarne w 1993 roku. Jak pokaże historia najbliższych lat, nie pierwszy raz prawica napędzi sukces postkomunistów.

Już wtedy wiadomo było, że SLD nie jest tworem super jednolitym. Jednak starzy towarzysze mieli świadomość, że muszą trzymać się razem, aby cokolwiek znaczyć. Drużyna Kwaśniewskiego, Millera, Borowskiego, Oleksego, Szmajdzińskiego, Janika na zewnątrz niemal zawsze mówiła jednym głosem. Potężnym kopem w górę dla nich była prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego. Z dnia na dzień zaczęli mieć wpływ na coraz szersze obszary i podział coraz większej ilości łupów.

Pierwsze poważne rysy na SLD-owskim szkle pojawiły się podczas drugiej kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego i premierostwa Leszka Millera. Wcześniej Kwaśniewski wygrał w sposób zdumiewający wybory w 2000 roku, zaś SLD zmiażdżyło w 1997 roku AWS w wyborach parlamentarnych. Kiedy na linii prezydent – premier zaczęły się pierwsze nie porozumienia, coraz głośniej zaczęto mówić już w sposób otwarty, że nie ma już jedności za wszelką cenę wśród postkomunistów (początkowo była to tzw. szorstka przyjaźń). Stało się jasne, że w łonie lewicy mamy do czynienia z drużyną Kwaśniewskiego i chłopcami Millera.

Afera Rywina i taśmy Gudzowatego postawiły postkomunistów w trudnej sytuacji. W obliczu klęski starzy towarzysze znaleźli zwornik, który miał uratować ich środowisko. Owym klejem mającym scalić lewicę i przywrócić jej nowy blask oraz poprowadzić ją w przyszłość miał być młody minister rolnictwa popierany przez Aleksandra Kwaśniewskiego, ale i także Leszka Millera. Mowa o Wojciechu Olejniczaku.

Jednak szybko okazało się, że młoda i uśmiechnięta twarz nowego szefa partii nie gwarantuje szybkiego powrotu na szczyty władzy. Mało tego - nie jest nawet w stanie zatrzymać trendu spadkowego. Do tego partię opuścił Marek Borowski ze swoimi stronnikami (SdPL). U boku nowego szefa pojawił się równie młody sekretarz partii w osobie Grzegorza Napieralskiego. Stworzony z nich duet miał stać się postrachem prawicy, oraz początkiem nowoczesnej lewicy na polskiej scenie partyjnej. Partią już nie kierowali dawni pzpr-owcy, ale młodzi, wykształceni, którzy znają poprzedni system tylko z książek i opowieści starszych.

Jednak wywyższany pod niebiosa Olejniczak okazał się nie do końca umiejętnym szefem. Partia pod jego wodzą dwukrotnie poległa w potyczkach z obozem PO/PiS-u. Nowy przywódca SLD zaczął wykonywać nerwowe ruchy. W obliczu coraz większych oddolnych nacisków i coraz głośniejszego pomruku starych działaczy zaczął się wyraźnie gubić. Już nie wiedział, czy SLD ma być bardziej lewicowe, czy też centro-lewicowe (koalicja z resztkami Unii Wolności). W tej sytuacji zaczęto spoglądać na Grzegorza Napieralskiego. Ten, podczas serii wizyt regionalnych, szybko znalazł wspólny język z partyjnymi dołami, a zwłaszcza ze starszymi członkami partii. Coraz głośniej zaczęto mówić, że za plecami Napieralskiego stoją już w gotowości ludzie pamiętający przeistoczenie PZPR w SLD.

Prawa ręka nowego szefa SLD szybko okazała się toporem ścinającym jego głowę. Napieralski pokonał Olejniczaka w wyborach na szefa partii, czym sam był wyraźnie zaskoczony tuż po ogłoszeniu wyników. Na mocno wstrząśniętego wyglądał także pokonany. Po kilku kurtuazyjnych gestach i słowach, przyszedł czas na partyjną codzienność. Dawny sekretarz partii szybko przeszedł do działania. Wieszcząc otwarty i stanowczy opór wobec Kościoła, serię socjalnych posunięć, a zwłaszcza pójście drogą hiszpańskiej lewicy, chciał pokazać nową jakość swojego obozu. Jednak pierwszym poważnym posunięciem miało być pozbawienie stołka szefa klubu parlamentarnego lewicy Wojciech Olejniczaka. Okazało się, że między niedawnymi kompanami rozgorzała walka na noże o wpływy w partii. Zamiar ten spełz na niczym, ale już od razu po głosowaniu mówiło się, że nie była to ostatnia próba. O ile struktury partyjne wyraźnie popierają Napieralskiego, o tyle parlamentarzyści raczej optują za Olejniczakiem.

Mieniący się polskim Zapatero Napieralski wyraźnie stracił impet, zwłaszcza, że jego mocno lewicowe postulaty nie poprawiły pozycji partii w sondażach, można odnieść wrażenie, że jest wręcz przeciwnie. Miast szukać rozwiązań mających na celu odbudowę dawnej pozycji SLD pogrążył się w wewnętrznej walce z dawnym szefem. Teraz zastanawia się, czy wysyłać go Parlamentu Europejskiego. Tyle tylko, że jeśli tak dalej pójdzie, to lewica może tam nikogo nie wysłać. Partia ta pod wodzą młodych dała się zmarginalizować PO i PiS, po piętach depcze jej PSL. Napieralski, zwany przez swoich zwolenników Zapateralskim, najwyraźniej nie ma leku na tę przypadłość. Nie inaczej wygląda sytuacja Wojciech Olejniczaka. Dla wszystkich jest oczywiste, że pod wodzą byłego ministra rolnictwa partia będzie bardziej centrowa (wpływy Kwaśniewskiego), zaś obecny szef gwarantuje mocną lewicowość tego ugrupowania. Jednak jak na razie obaj wydają się być bardziej zainteresowani bezpośrednimi pojedynkami.

W tej sytuacji część działaczy utożsamiana z tym obozem próbuje tworzyć coś nowego. Po klęsce (a wręcz kompromitacji) idei lewicy pod patronatem Aleksandra Kwaśniewskiego (były prezydent poległ ostatecznie w walce z wirusem filipińskim), ponownie odżyła idea wysforowania na piedestał Włodzimierza Cimoszewicza. Jednak wiadomo, że ten chimeryczny polityk jest w stanie w najmniej spodziewanym momencie wyjść i trzasnąć drzwiami, pozostawiając swoich stronników ze zdumionymi minami otwartymi z wrażenia oczami i ustami. Środowisko to zaczynają organizować Tomasz Nałęcz, Marek Borowski, Dariusz Rosami, Andrzej Celiński, Jan Widawski. Ma to być swoisty centrolew. Jednak na razie na donośnych postulatach się kończy.

Jest jeszcze młode środowisko Krytyki Politycznej skupione wokół Sławomira Sierakowskiego. Jednak ta grupa prowadzi konsekwentnie pracę u podstaw i na salony władzy na razie się nie pcha. Zawsze konsekwentnie powtarza to Sławomir Sierakowski i jak do tej pory niezmiennie trzyma się tego. Krytyka Polityczna zadowala się pracą wydawniczo-edukacyjną mającą na celu zapewne ukształtowanie szerokiej i przede wszystkim świadomej lewicowo formacji, a raczej społeczności. Swoją wytrwałością mogą zapewne zaimponować, ale na owoce parę lat przyjdzie im poczekać. Obecnie nie ma co liczyć, że włączą się w rozgrywki partyjnych działaczy.

Kojarzona zawsze z jednością polska lewica wyraźnie przechodzi kryzys przywództwa i konsolidacji. Młodzi szefowie SLD, mimo szumnych zapowiedzi swoich partyjnych patronów, nie sprostali zadaniu i wcale nie okazali się lepsi od poprzedników. Zdają się być nawet gorsi, gdyż nawet nie starają się zachować pozorów. Wszystkie zapowiedzi budowy lewicy poza SLD do tej pory kończyły się na niczym, i zapewne tak będzie i tym razem. Do tego trudno powiedzieć, czego dobrego można spodziewać się po starych liderach. Skompromitowany Aleksander Kwaśniewski zapewne odszedł do lamusa, jeśli chodzi o krajowe podwórko. Nieprzewidywalny Włodzimierz Cimoszewicz w każdej chwili może zdezerterować z pola walki. Marek Borowski zaś nigdy nie pozbędzie się łatki uciekiniera i rozłamowca.

Czy w Polsce będzie jeszcze taka lewica jak do tej pory (o korzeniach PZPR-owskich)? Być może tak, ale jako trwale zmarginalizowane środowisko trwające na granicy progu wyborczego. Jest to tym bardziej możliwe, że duża część obserwatorów sceny politycznej wieszczy trwały odpływ elektoratu socjalnego do Prawa i Sprawiedliwości. Przy obecnym podejściu liderów tego obozu jest to bardzo możliwe. Zwłaszcza, że cierpliwość i wyrozumienie wyborców także mają swoje granice.



 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę
  Wasze komentarze
 

  W Polsce jest brak partii lewicowej

(~Socjalista z przekonania, 05-08-2009 05:49)

Opis: Patrz komentarze do art. "Krajobraz dna".

 

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl