Slobo - bałkański Machiavelli

16-03-2006

Autor: Piotr Tarasiuk

Przed kilkoma dniami w więzieniu w Hadze zmarł były serbski i jugosłowiański prezydent, oskarżany o zbrodnie wojenne, Slobodan Milošević, nazywany bałkańskim Machiavellim. Zarówno życie, jak i śmierć tego polityka wzbudzają wiele kontrowersji. Chociaż oświadczenia Międzynarodowego Trybunału Karnego ds. byłej Jugosławii zapewniają, że zmarł na zawał serca, jednak jego zwolennicy poszukują innej, bardziej sensacyjnej przyczyny. I nie będzie chyba zbytnią przesadą stwierdzenie, że oczy całego świata zwrócone są teraz na Hagę. Jednak aby wyjaśnić przyczyny jego popularności należy prześledzić życiorys Miloševicia.


Urodził się 20 sierpnia 1941 r. serbskim Požarevacu. Z pochodzenia Czarnogórzec, ale chyba zawsze czuł się Serbem. Był drugim synem Svetozara Miloševicia i Stanislavy z domu Koljenšić. Jego ojciec był nauczycielem religii (prawosławia), a matka zagorzałą komunistką. Zapewne pod wpływem matki Slobodan wstąpił do Związku Komunistów Jugosławii już w wieku lat siedemnastu i pół. Jednak aktywnie włączył się w działalność polityczną dopiero w 1982 r. W międzyczasie ukończył prawo na uniwersytecie w Belgradzie, a następnie pracował w bankowości. Był również doradcą ekonomicznym burmistrza Belgradu.

W 1984 r. Milošević zostaje przewodniczącym partii komunistycznej w Belgradzie, a w 1986 r. Komunistycznej Partii Serbii. Do 1987 r. jest dyrektorem koncernu naftowego. Natomiast w 1989 r. obejmuje urząd prezydenta Serbii (jeszcze w ramach Jugosławii). Początkowo opowiadał się przeciwko liberalizacji i nie mógł pogodzić się z rozpadem Jugosławii. Szybko jednak odchodzi od dawnych poglądów, przekształcając Socjalistyczną Partię Serbii (dotąd była socjalistyczna nie tylko z nazwy) w partię o charakterze nacjonalistycznym. W marcu 1991 r. oświadcza, że jego kraj dłużej nie będzie uznawał legitymacji jugosłowiańskiego rządu federalnego do sprawowania władzy, chociaż Serbia nadal pozostaje w federacji wraz z Czarnogórą, pod nazwą Jugosławia.

Dzięki fali rosnącego nacjonalizmu serbskiego końca lat osiemdziesiątych doszedł do władzy. Zaczął też propagować hasła powstania „Wielkiej Serbii” (sam jednak nigdy nie używał tej nazwy). Nie były to nowe idee. Znano je już wiele lat wcześniej. Także i tym razem Milošević postanowił wykorzystać do swych planów mniejszość serbską w sąsiednich republikach, wzywając do przyłączenia zamieszkiwanych przez nie terenów do nowego państwa. Gdy same wezwania okazały się bezskuteczne czynnie wspierał serbskie oddziały zbrojne walczące w Chorwacji i Bośni. Jednak dopiero kilka lat później został oficjalnie oskarżony o podżeganie do walk etnicznych i czystek na tle narodowościowym. Zapewne wtedy uratowało go podpisanie porozumień pokojowych z Chorwatami i Bośniakami, a w Dayton, gdzie je podpisywano, był przyjmowany jak współtwórca pokoju.

W grudniu 1992 r. Milošević ponownie zostaje wybrany na prezydenta Serbii. Zgodnie z konstytucyjnym zakazem sprawowania więcej niż dwóch kadencji na tym stanowisku, w 1997 r. ubiega się i zostaje wybrany na prezydenta „nowej” Jugosławii. Podporządkowuje sobie media. Krytyka społeczna pod jego adresem jest niedopuszczalna. Wielu opozycyjnych działaczy trafia do więzienia. Represje dotykają również ich rodzin. Najlepszym przykładem na to jest dzisiejszy minister spraw zagranicznych Serbii i Czarnogóry a wówczas kontrkandydat Miloševića, Vuk Drašković. Jego rządy odczuwają także kosowscy Albańczycy i mieszańcy Wojwodiny, którym odbiera autonomiczne prawa.

Należy tu postawić pytanie dlaczego świat bezpośrednio wtedy nic nie zrobił. Nie uznano Miloševića za zbrodniarza wojennego, chociaż mówiło się o jego poparciu dla bojówek dokonujących zbiorowych masakr ludności cywilnej. Jednak sprawa ta wymaga oddzielnej analizy, a rządy państw, które wysłały swoje wojska w misji ONZ do Bośni i Hercegowiny, niejednokrotnie były już krytykowane za bezczynność.

Trzeba było kolejnego konfliktu – wybuchu wojny w Kosowie, aby doprowadzić do interwencji międzynarodowej w Jugosławii i postawienia jej dyktatorowi konkretnych zarzutów. Odmawiając powrotu autonomii w Kosowie i wywołując tam kolejną falę czystek etnicznych, Slobodan Milošević mógł spodziewać się konsekwencji. Przecież jeszcze w grudniu 1992 r. ówczesny prezydent USA George Bush groził zbrojną interwencją wojsk amerykańskich w Serbii, jeżeli trwające walki objęłyby Kosowo.

Ostatecznie Milošević musiał odejść po wyborach prezydenckich w 2000 r., w których ogłosił się zwycięzcą. Jednak demonstranci na ulicach nie dopuścili do sfałszowania wyborów, a ich prawdziwym zwycięzcą okazał się Vojislav Koštunica. Milošević zachował sobie jedynie tytuł szefa Socjalistycznej Partii Serbii (który formalnie posiadał do końca życia). Wkrótce potem, bo w kwietniu 2001 r. został aresztowany i oskarżony o nadużywanie władzy i korupcję. Następnie przekazany Trybunałowi ONZ w Hadze ds. zbrodni wojennych w byłej Jugosławii, przed którym stanął w lutym 2002 r., oskarżony o zbrodnie wojenne podczas wojen w Bośni, Chorwacji i Kosowie (1992 – 1999). Wielu jego zwolenników oprotestowało tą decyzję nowych władz jugosłowiańskich. Również i umiarkowani Serbowie nie uważali tego za najlepsze posunięcie. Dziś również wielu uważa go za bohatera, czekając na umożliwienie jego pochówku w rodzinnym kraju. Do czego jednak władze serbskie nastawiają się sceptycznie i z obawami. Być może kresem podróży „Bałkańskiego Machiavellego” stanie się Moskwa, jego wierny sojusznik za życia.

W komunikacie władz amerykańskich na śmierć Miloševića napisano: „Milošević był kluczową postacią, która niesie odpowiedzialność za nasilenie rozpadu Jugosławii w latach ’90 i za dwie straszne wojny, które wybuchły w Bośni i Hercegowinie oraz w Kosowie”.

Źródło zdjęcia: www.slobodan-milosevic.org / Wikimedia Commons


Copyright by © 2006 by e-polityka.pl - Pierwszy Polski Serwis Polityczny. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.