Turcja na drodze do UE

15-09-2006

Autor: Paweł Kaleski

Jednym z najbardziej palących problemów, przed, jakimi stoi dzisiaj Unia Europejska w kontekście kolejnych rozszerzeń jest sprawa Turcji jako pełnoprawnego członka Wspólnot Europejskich. Od wielu już lat Turcy zgłaszają chęć członkostwa w europejskich strukturach, rzec by można, że w zasadzie od niemal samego początku ich istnienia (w 1963 roku podpisano stowarzyszenie). Ten położony raptem w 5% w Europie kraj, który odegrał w historii Starego Kontynentu istotną rolę odkąd tylko zgłosił chęć akcesji wzbudzał ogromne kontrowersje zarówno wśród europejskich polityków jak i społeczeństw.

 Licząca blisko 800 tys. kilometrów kwadratowych i prawie 70 milionów mieszkańców Turcja jest ważnym wyzwaniem dla UE. Z jednej strony od wielu lat zwodzona była obietnicą akcesji (a nawet nie podejmowano z nią rokowań), a z drugiej wszyscy zdają sobie sprawę z tego jak ewentualne przyjęcie byłoby wymagające dla obu stron. Główne zarzuty, jakie Komisja Europejska stawia Turkom w swoim raporcie z października 1999 roku to: łamanie praw człowieka (zwłaszcza kobiet) oraz mniejszości narodowych (szczególnie Kurdów oraz napięte stosunki z reprezentującą ich Partią Pracujących Kurdystany założoną w 1978 roku),opieszalstwo przy wdrażaniu postępów legislacyjnych uchwalonych przez tamtejszy parlament, zasiadanie ludzi z kręgów militarnych w gremiach medialnych i edukacyjnych, niejasności (brak kontroli) w finansowaniu armii, konieczność zwiększenia wpływu kontroli cywilnej nad wojskiem, konieczność usunięcia wojskowych z cywilnego wymiaru sprawiedliwości.

Mimo tak wielu zarzutów po ponad 40 latach 16 grudnia 2004 roku Turcja została zaproszona do rozpoczęcia negocjacji członkowskich z Unią Europejską. Jednak zarówno rozpoczęcie rokowań jak i ewentualne członkostwo zostały obwarowane wieloma zaporami. Wprawdzie celem negocjacji ma być wstąpienie Ankary do UE, nie ma jednak gwarancji, że tym się te rozmowy zakończą. Ale nawet, jeśli nie zakończy się to pełnoprawnym przyjęciem to i tak Turcja zostanie zakotwiczona w europejskich strukturach. Być może będzie ona musiała czekać, co najmniej do 2015 roku (a mówi się także o 25 latach oczekiwania)- o ile powiodą się tam reformy, a „stara” Europa się nie przestraszy ( w sprawie tureckiej akcesji mają odbyć się referenda we Francji i Danii).

Pisząc o wejściu Turków w struktury europejskie nie sposób pominąć tak ważną kwestię, jaką jest pojawienie się islamu (mimo, iż jest to kraj laicki) w granicach UE, co biorąc pod uwagę doświadczenia w historii Europy i obecną sytuację na świecie – akty terroru dokonywane przez ekstremistów islamskich siłą rzeczy rodzą wiele obaw, a czasami jawny sprzeciw nie zawsze jednak merytorycznie umotywowany. Nie trudno zgadnąć, że prym wiodą w tym środowiska prawicowe tradycyjnie odwołujące się do chrześcijaństwa (swoją drogą ciekawe, dlaczego takiego larum nie podnosiły przy debacie o Invocatio Dei w tworzeniu europejskiej konstytucji). Zdaniem np. Edmunda Stoibera z niemieckiej CSU członkostwo Turcji w UE rozbije się o mieszkańców Europy. Chcą oni, co najwyżej uprzywilejowanego partnerstwa między obiema stronami, aby nie przeciążać Europy. Inne z kolei głosy mówią, że przyjęcie Turków do Wspólnoty „oznaczałoby utratę bogactwa, zniknięcie elementu kulturowego na korzyść gospodarki” (to Benedykt XVI jeszcze jako kardynał). Nie można także ukrywać, iż takie kraje jak Niemcy czy Francja obawiają się nadmiernego zalewu taniej siły roboczej z Turcji. Już dziś nad Sekwaną istnieją duże problemy z mniejszościami muzułmańskimi, zaś w Niemczech jest największa mniejszość turecka w Europie i z tego powodu często dochodzi tam do aktów przemocy na tle rasowym.

Bardzo ważne wydają się problemy na w kontekście historyczno – politycznym, jakie dotyczą przeszłości i teraźniejszości Ankary. Mam tu na myśli tzw. kwestie cypryjską i ormiańską. Sprawa Cypru była jedną z najtrudniejszych w rozmowach o rozpoczęciu rokowań akcesyjnych z Turcją. Odpowiedź na pytanie, kto ma rację w konflikcie cypryjskim jest równie trudna jak dowiedzenie pierwszeństwa jaja czy kury. Pierwsi na Cyprze pojawili się Grecy ok. 3 tysiące lat temu. W 1571 roku najazd osmańskiego władcy Lala Mustafy Paszy zostawił trwały ślad – dziś 18% mniejszości stanowią Turcy. W latach 50-tych dwudziestego wieku arcybiskup Makarios III założył Cypryjską Organizację Wyzwolenia Narodowego, która na wzór irlandzkiej IRA miała oswobodzić Cypr spod panowania brytyjskiego i przyłączyć wyspę do Grecji. Dla przeciwwagi Turcy powołali Turecką Organizację Obronną. W 1958 roku doszło do pierwszych poważnych starć – z ofiarami śmiertelnymi – między obiema stronami (sprowokowali je Turcy). W 1974 roku po ucieczce za granicę Makarios III przed spiskiem rządzącej Grecją junty wojskowej, Ankara dokonała inwazji na wyspę zajmując blisko 40% jej terytorium. W 1983 roku cypryjscy Turcy powołali tam państwo uznawane i utrzymywane tylko przez rząd z nad Bosforu – Republika Turecka Cypru Północnego. Obie społeczności żyły niemal w całkowitej separacji rozdzielone strefą buforową, której strzegły wojska ONZ. Dopiero w roku 2003 zezwolono na jej przekraczanie. Szanse na zakończenie konfliktu dawało rozszerzenie UE, która to chciała przyjąć całą wyspę. Jednak referendum na ten temat zakończyło się fiaskiem, bowiem 65% Turków głosowało za przyjęciem takiego rozwiązania, ale „nie” powiedziało 75% Greków, a zatem do Wspólnot Europejskich weszła tylko grecka część wyspy. Ankara uważa, że wykazała już maksimum dobrej woli i Unia powinna teraz naciskać na rząd greckiego Cypru by pogodził się z tureckimi współmieszkańcami. Po referendum Bruksela obiecała znieść sankcje nałożone na północny Cypr jednak na razie wszelkie próby blokują cypryjscy dyplomaci.

Inną kwestią jest sprawa Ormian dotycząca 1915 roku. Główna przyczyna niechęci między UE a Turcją po latach zbliżania się do siebie – jak to na Starym Kontynencie bywa – tkwi w historii. 24 kwietnia minęła 91 rocznica początku ludobójstwa Ormian, którego dopuściła się armia turecka. W 1915 roku podczas rzezi i zarządzonych przez władze tureckie masowych deportacji zginęło ok. 1,5 miliona ludności ormiańskiej. Ankara nie uznaje tych wydarzeń za ludobójstwo twierdząc, że Ormianie padli ofiarami normalnych działań wojennych a także kwestionuje liczbą poległych. To, iż po upływie blisko 100 lat demokratyczny rząd w Turcji wciąż nie jest zdolny do uznania udowodnionych faktów i wyrażenia ubolewania odbiera mu wiarygodność w dużo większym stopniu niż on sam przypuszcza. A jeszcze większym cieniem położyła się na jego wizerunku światowa kampania nacisków, którą zorganizowała Turcja, aby zapobiec upamiętnieniu pierwszego wielkiego ludobójstwa XX wieku przez parlamenty i rządy. Nikt nie oczekuje od Turków odszkodowań ani ziemi. Chodzi tylko o to, iż nie można uznać jej demokracji póki zgadza się ona na tak wielki fałsz historyczny, jakim jest zaprzeczanie tamtym potwornym wydarzeniom.

Mimo tak wielu przesłanek o negatywnym wydźwięku są również pozytywne aspekty ewentualnej integracji europejskiej Turcji. Do plusów takich zalicza się: możliwość większego oddziaływania przez UE na Bliskim Wschodzie i Kaukazie, otwarcie na nowe szlaki energetyczne. Turcja jest kluczowym krajem w tranzycie surowców energetycznych z niezwykle bogatego w te złoża rejonu Morza Kaspijskiego. Mogłoby to stać się alternatywą dla dostaw rosyjskich. Ponadto Turcja łączy nie jako Bliski Wschód, Bałkany, basen Morza Śródziemnego i Azję Środkową, zatem przyjęcie jej do UE stanowiłoby mocny impuls dla intensywniejszego prowadzenia europejskiej polityki zagranicznej na obszarach o istotnym znaczeniu dla bezpośredniego bezpieczeństwa Europy. Oprócz zwiększenia bezpieczeństwa akcesja pokazałaby muzułmanom, że Unia nie jest zamkniętym dla nich chrześcijańskim klubem. Poza tym jest wysoce prawdopodobne, że jeśli struktury europejskie odwrócą się od Turcji i nie zgodzą się na jej akcesję to turecka opinia stanie się bardziej podatna na głosy islamskich fundamentalistów wykorzystujących frustrację oraz poczucie odrzucenia i wtedy zagrożenie tureckim fundamentalizmem i terroryzmem stanie się realne (dziś poparcie dla takich ruchów wynosi tam ok. 20%). Sąsiedztwo Iraku, Iranu i Syrii oraz sytuacja w tamtych krajach pokazuje realność tego problemu. W konsekwencji bezpieczeństwo Europy stanie się jeszcze bardziej zagrożone niż ma to miejsce do tej pory. Nad Bosforem mogłoby wtedy dojść do gospodarczego tąpnięcia i obawy części europejskich polityków przed zalaniem unijnego rynku pracy staną się samo spełniającą się przepowiednią.

Jak widać droga Turcji do Europy jest długa, wyboista, wymagająca wielu wyrzeczeń i poświęceń i to z obu stron, a ponadto nie daje gwarancji sukcesu. Dla mieszkańców tego kraju dostosowywanie się do norm i praw unijnych oraz ewentualna akcesja może stanowić swoisty szok. Coś na kształt rewolucji. W XX wieku przeżyli już oni bardzo poważne przemiany. Kiedy to po I wojnie światowej Mustafa Kemal „Ataturk” dokonał rewolucji kulturalno –politycznej. Jego zasługi to przyjęcie alfabetu łacińskiego, zniesienie kalifatu czy też nadanie państwu charakteru świeckiego. Czy dzisiejszą Turcję borykającą się z wieloma problemami natury gospodarczej stać na taki krok? Czy uda się przezwyciężyć ogromne bezrobocie (zwłaszcza te ukryte), liczne, rozwarstwione i zacofane rolnictwo (podziały na Turcję A, B, a nawet i C. Liczba rolników to ok. 26 milionów ludzi)? Jak zachowa się Turcja w obliczu wyzwań polityczno – historycznych i konieczności uznania niepodważalnych faktów? Czy Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) pod przewodnictwem premiera Recepa Tayyipa Erdogana dokona tego przełomu? Jak zachowa się prezydent Turcji Ahmet Necdet Sezer, który już kilkukrotnie blokował pro europejskie przemiany? Sytuacja ta jest także wymagająca dla europejskich dyplomatów i szefów rządów państw członkowskich. Ewentualne przyjęcie Turcji do swojego grona wymagało będzie ogromnych nakładów finansowych, aby zwalczyć jej zacofanie. W dobie sporów o przyszłość Wspólnoty wydaje się to być niemal nie możliwe. Czy zatem kraje członkowskie UE wzniosą się ponad swoje partykularne interesy i dokonają historycznego kroku? Turcja czeka na jasne stanowisko z Brukseli już pół wieku. Wydaje się, iż jest to wystarczająco długi okres czasu. Warto także, aby i Polska włączyła się w tą sprawę aktywniej i odważniej. Kraj ze stolicą w Ankarze, o czym należy pamiętać nigdy nie uznał rozbiorów Polski w przeciwieństwie do zachodnich mocarstw. A zatem mamy pewien dług wdzięczności wobec Turków (mimo wielu konfliktów w zamierzchłej przeszłości). Będąc od 1952 roku członkiem NATO Turcja pokazuje, że potrafi współdziałać z Zachodem. Może, więc po ponad pięćdziesięciu latach od tamtego wydarzenia dostanie kolejną szansę na integrowanie się z Europą.


Copyright by © 2006 by e-polityka.pl - Pierwszy Polski Serwis Polityczny. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.