Aby zapisać się na listę naszego newslettera, prosimy podać swój adres email:

 

Wyszukiwarka e-Polityki :

 

Strona Główna  |  Praca  |  Reklama  |  Kontakt

 

   e-Polityka.pl / Artykuły - Kraj / Społeczeństwo / O samobójstwie 14-letniej Ani - w inny sposób               

dodaj do ulubionych | ustaw jako startową |  zarejestruj się  

  ..:: Polityka

  ..:: Inne

  ..:: Sonda

Czy jesteś zadowolony z rządów PO-PSL?


Tak

Średnio

Nie


  + wyniki

 

P - A - R - T - N - E - R - Z - Y

 



 
..:: Podobne Tematy
13-01-2012

 

29-05-2010

 

30-08-2009

 

18-07-2009

 

07-04-2009

 

23-01-2009

 

05-08-2008

 

+ zobacz więcej

O samobójstwie 14-letniej Ani - w inny sposób 

29-10-2006

  Autor: Łukasz Ścisłowicz

Opinię publiczną zszokowała sprawa samobójstwa 14-letniej dziewczynki, uprzednio napastowanej w szkolnej sali lekcyjnej przez grupę kolegów. Jak często w takich przypadkach bywa, media skoncentrowały się na ekspozycji bulwersującej otoczki zdarzenia, rezygnując z dociekania przyczyn tragedii. To ostatnie zdarzenie „z życia szkoły”, tradycyjnie już nakręcone telefonem komórkowym, ma jednak, podobnie jak wiele innych analogicznych epizodów z cyklu „koronowania nauczyciela kubłem śmieci”, wymiar dla rodzimego systemu wychowania i edukacji symptomatyczny.

 

 

„Gazeta Wyborcza” we wstępie materiału poświęconego sądowemu epilogowi sprawy („Kara dla dręczycieli Ani”, 27.10.2006) koncentruje się na wewnętrznych przeżyciach sprawców tragedii: płaczą, żegnają się z najbliższymi. W dalszej części tekstu mowa jest o „przerażonych dzieciach, które panicznie się boją”. W komentarzu poświęconemu sprawie Piotr Pacewicz („Jak rozmawiać o śmierci Ani”, 27.10.2006) słusznie demaskuje absurdalny stereotyp „kobiety zhańbionej”, w dalszej części artykułu ogranicza się jednak do analizy zachowania otoczenia w konkretnym kontekście sytuacyjnym, nie starając się nawet dotknąć przyczyn zjawiska.

Wykażę zaraz, że specyfika obydwu tekstów ma na tle współczesnego dyskursu wychowawczo-edukacyjnego wymiar symboliczny. Nie można, rzecz jasna, wykluczyć, że sprawcy ohydnego czynu poniewczasie zrozumieli swoją winę i stąd ich rozpacz, moim zdaniem jednak, choć sprawy nie znam bezpośrednio, zadziałał tu mechanizm lęku przed konsekwencjami. Odpowiedź na pytanie, dlaczego ci chłopcy nie zdawali sobie sprawy z rezultatu podejmowanych kroków w feralnym momencie zdzierania ze swojej koleżanki ubioru, ergo – dlaczego nie tyle nawet zło, co konieczność odpowiedzialności za swoje postępowanie dostrzegli post factum, wydaje się być oczywista.

Winna szkoła?

Do szkoły powszechnej przyszło mi uczęszczać w czasie, gdy nie widziało się już bicia linijką, klęczenia na grochu i surowej dyscypliny, typowej dla szkół w PRL. Nadal wszakże małoletni świr, okradający szkolny sklepik, terroryzujący kolegów, skaczący na lekcji po ławkach, mógł być stosunkowo szybko karnie ze szkoły usunięty i oddany do placówki specjalnej. Realizatorzy cyklu wielkich zmian w systemie oświaty nie ustrzegli się jednak przed popadnięciem z zamordystycznej skrajności w skrajność inną, dającą się streścić w popularnym w ramach współczesnej popkultury haśle: „róbta, co chceta”.

Od początku lat 90. przybierać na sile zaczęła praktyka „przepychania” z klasy do klasy ewidentnych matołków lub uczniów zdemoralizowanych. Reforma przeprowadzona za czasów rządu Jerzego Buzka pogłębiła ten problem. No bo jak tu zostawić na następny rok nieuka czy rozrabiakę, skoro kończy się stary system i wchodzą gimnazja? Jak tu nie przyjąć ewidentnie mniej zdolnej młodzieży do liceów, skoro kończyli podstawówkę 8-letnią, za nimi nic nie ma, a zasadnicze szkoły zawodowe zniesiono?

Polonistka z 30-letnią praktyką zawodową opowiadała mi o swoistym szoku, jaki przeżyło grono starszych pedagogów w pierwszej połowie lat 90. Nagle uczniowie zaczęli na lekcji rozmawiać, zakłócać porządek. I faktycznie, z początku mało kto potrafił sobie z tym poradzić, przedtem bowiem rzeczona sytuacja była wprost nie do wyobrażenia. W parze z ogólną tendencją spadku dyscypliny szła ekspansja zachowań aspołecznych, których wyeksponowanym przez media finałem był kubeł śmieci, założony na głowę nauczyciela. Pedagodzy zostali zdani na łaskę i niełaskę uczniów. Doszło do sytuacji, gdy wariata, skaczącego po ławkach i terroryzujących normalne dzieci, nie można wyrzucić za drzwi, a nauczyciel, który to zrobi, musi się liczyć z ryzykiem skargi, kontroli z kuratorium, a nawet przymusowym zakończeniem pracy.

Krańcowa bezradność wobec uczniowskich wybryków, na każdym kroku okazywana przez szkołę, dała rezultat w postaci usprawiedliwionego poczucia ogólnej bezkarności. Publiczna placówka szkolna, której głównym celem winna być edukacja i wtórna socjalizacja, stała się miejscem wystawiania młodzieży na kontakt z bandytami tudzież ludźmi chorymi psychicznie. Brak elementarnej, opartej na zdroworozsądkowych zasadach selekcji podczas rekrutacji do gimnazjów, rokrocznie powtarzająca się praktyka umieszczania w jednych klasach młodzieży zdolnej, średnio zdolnej oraz zdemoralizowanej, odegrały w tym procesie przemożną rolę.

Nie trzeba być psychologiem, by stwierdzić, iż gdyby oprawcy 14-letniej Ani mieli wyraźną świadomość, że za podobny czyn grozi im cokolwiek więcej niż uwaga w dzienniku, dwa razy przemyśleliby swój plan. Większość badań w zakresie psychologii społecznej mówi co prawda, że racjonalizowanie czy stymulowanie zachowań poprzez strach przed karą nie zawsze jest skuteczne, dziś jednak niemożliwe wydaje się, w skali masowej, wpajanie młodzieży ogólnie pożądanych wzorców zachowań w inny sposób – w dobie cywilizacji teleinformatycznej jest na to raczej za głupia. Mam tu na myśli, rzecz jasna, mechanizmy socjalizacji wtórnej, w ramach instytucji szkolnej.

Należy wzbudzić u młodzieży przekonanie, że szkoła jest sytuacją społeczną, implikującą określone oczekiwania. Uczeń, który w wieku 13 lat przewraca krzesła w sali lekcyjnej, a „za płotem” pali papierosy, dwa lata później może pobić nauczyciela. Koniecznością wydaje się stworzenie placówek o specjalnym nadzorze pedagogicznym, jak słusznie jednak ktoś zauważył, muszą być one budowane na „surowym korzeniu”, od podstaw, a nie w oparciu o istniejące szkoły specjalne.

Pojawia się coraz więcej głosów, postulujących swoistą resocjalizację poprzez pracę. Nastolatek, przyłapany na chuligańskim wybryku, byłby kierowany nie do domu poprawczego (poza skrajnymi przypadkami), a do pracy społecznej, trwającej nie miesiąc, a np. rok. Miałoby to na celu wzbudzenie w świadomości ucznia trwałego, nieprzemijającego przekonania, że to, co zrobił, jest złe. Taki sposób resocjalizacji rokowałby szansę zastopowania rozwoju patologicznej osobowości. Zapewne jednak, gdyby ktoś wysunął taki projekt (a zwłaszcza, gdyby zrobił to minister Giertych), zrazu podniosłaby się powszechna histeria o nieproporcjonalności kary i faszystowskim zamordyzmie.

Zło zaczyna się w domu

To, co stało się w gdańskim gimnazjum, nie jest jednak li tylko problemem tamtejszych uczniów, nauczycieli i rodziców, tak samo jak rola erozji systemu edukacji jest w takich przypadkach wtórna. W momencie bowiem, gdy w ramach placówek oświatowych postanowiło się gówniarzom forować, pozwalać im na wszystko, a w każdej budzącej wątpliwości sytuacji wymagać od nauczyciela świadectwa niewinności, uczciwości i najwyższego profesjonalizmu, wyszła na wierzch, i to nie tylko w przestrzeni szkolnej, cała nędza modelu bezstresowego wychowania.

Teza o zgubnym wpływie tego typu pierwotnej socjalizacji na osobowość człowieka, w kręgach opiniotwórczych, a jeszcze bardziej – badawczych – wciąż nie cieszy się wielką popularnością. Uporczywe trzymanie się pokutujących w obrębie myśli pedagogicznej, z dawien dawna skompromitowanych dogmatów, źródło mających jeszcze w oświeceniowej koncepcji wychowania Jeana Jacquesa Rousseau, do niczego konstruktywnego jednak nie prowadzi.

Wyjściowa teza, iż dziecko należy wychowywać w daleko idącej wyrozumiałości i zrozumieniu, uległa krańcowej wulgaryzacji. Pomijając oczywiste zakazy intencjonalnego, sadystycznego maltretowania, wpajanie dziecku określonego systemu aksjonormatywnego powinno objawiać się w szczerych, merytorycznych rozmowach, wyjaśnianiu opartemu nie na zasadzie: „nie, bo nie”, a tłumaczeniu, że danych rzeczy nie należy robić, bo są złe; odwołują się do gorszej strony ludzkiej natury. W parze z tym mogą i powinny iść ograniczone kary cielesne, polegające nie na biciu, a przysłowiowym „przełożeniu przez kolano”, wyłącznie dla dobra dziecka.

Innym wyjściem jest hołdowanie każdej, najgłupszej nawet zachciance milusińskiego, bez podejmowania się tłumaczenia, że dana rzecz jest niepotrzebna czy zła. Prowadzi to do sytuacji, że już 4-letni urwis jest w stanie rządzić domem, wymuszając wszystko atakami krzyku i histerii (osobiście znam taki przypadek).

Wychowywane bezstresowo dziecko wchodzi w wiek dojrzewania. W tym momencie dalszą socjalizację młodego człowieka powierza się z reguły przedmiotom (ekranowi telewizora i monitora, trzepakowi, ławce przed blokiem) bądź podmiotom, nie mającym ku temu skądinąd żadnych uprawnień i kwalifikacji (rówieśnicy, „ulica”). Znamienne, że każdy z pięciu napastników 14-letniej Ani może się wylegitymować pochodzeniem z tzw. dobrego domu. Dziś rolę rodziców, pochłoniętych obowiązkami zawodowymi, pozostających w błogim, acz kompletnie irracjonalnym przeświadczeniu, iż jeżeli 12-letnie dziecko potrafi zawiązać buty i ukroić sobie chleb, to proces wychowawczy został zakończony, przejęli rówieśnicy. A skoro podstawowe bezpieczeństwo i wygody natury materialnej zapewniają rodzice, to nie trzeba się już o nic martwić, nie ma u tak wychowanego chłopca czy dziewczynki odpowiedzialności za swoje czyny. Pomijam tu przypadki rodzin patologicznych, bo to zupełnie inny problem.

Kieruję w tym momencie pytanie do wszystkich zwolenników paradygmatu bezstresowego wychowania: jeżeli ma ono przynosić brak zainteresowania i odpowiedzialności, dające, summa summarum, efekty w postaci 14-letnich matek czy gimnazjalistów, ćpających po dyskotekach speed i extasy, upadlających się do nieprzytomności, to czy nie nadszedł już najwyższy czas na jakościową rewizję tych bzdur?

Jedyną, w moim przekonaniu, drogą, by w długofalowym wymiarze zapobiec następnej tragedii, analogicznej jak ta w Gdańsku, jest restytucja tradycyjnego modelu wychowania w rodzinie. To rodzice, a nie państwo, mają w pierwszej kolejności obowiązek wpoić potomstwu elementarne wartości i normy, ucząc je przy tym, jakie zachowania są w określonych sytuacjach społecznych pożądane. Znając jednak współczesne uwarunkowania kulturowo-cywilizacyjne, sprawa rozejdzie się po kościach, a ludziom wskazującym na konieczność generalnej, systemowej zmiany modelu wychowania, przylepi się etykietkę „oszołomów” i „ciemnogrodzian”.

O wychowaniu – w nowy sposób

Podstawowy problem w przedmiotowej sprawie nadal polega na tym, iż o wychowaniu i edukacji rozmawia się w Polsce w nieodpowiedni sposób. Niepotrzebne jest eksponowanie ponad wszelką miarę rzekomej „tragedii” czy problemu sprawców szkolnych przestępstw, jak w przytoczonym materiale „GW”. Rzecz idzie tu o zwyczajne rozłożenie akcentów. Mija się także z celem szczegółowa analiza przypadku w oderwaniu od jego społecznego i kulturowego kontekstu, jak w felietonie red. Pacewicza. Należy zacząć wskazywać na błąd systemowy, leżący u podstaw zarówno nowoczesnych koncepcji wychowania, jak i instytucjonalnego aspektu reformy szkolnictwa. Koniecznością wydaje się zainicjowanie pozbawionej uprzedzeń, ogólnospołecznej debaty w tych kwestiach. Potrzebna do tego jest dobra wola wszystkich stron – rodziców, nauczycieli, naukowców, ludzi mediów, także i uczniów, a na innej płaszczyźnie – zwolenników tradycyjnego i bezstresowego modelu wychowania.

 

  drukuj   prześlij na email

  powrót   w górę
  Wasze komentarze
 

  [ 35 ]

(~kato, 06-12-2006 15:24)

Opis: http://www.bankier.pl/forum/temat_re-komentarze-po-tragedii-w-gdansku-odpowiedzialni-dorosli,2618718.html i w innych komentarzach

  [ 1 ]

(~andy, 02-12-2006 01:15)

Opis: autor nie wskazal alternatywy -zamiast ,krytykujac , moim zdaniem bezsasadnie ,"bezstresowe wychowanie ",model niemiecki sprawdzil sie w niemczech,mozna wypracowac model polski, a moze tak sport i wychowanie seksualne prowadzone w sposob profesjonalny?.rodzice maja olbrzymi wplyw na rozwoj dziecka ,niekiedy nie sa na to przygotowani- wiec krotkie spotkania z socjologiem.uwaga na media ktore serwuja przemoc!

  zmiany,zmiany [ 1 ]

(~agnieszka, 29-10-2006 23:59)

Opis:

  chodzi wam o molestowanie, czy

(, 29-10-2006 20:32)

Opis:

  [ 1 ]

(~Ak, 29-10-2006 20:28)

Opis:

  przegralismy [ 1 ]

(~emjarek, 29-10-2006 18:17)

Opis: Dzisiejsza polska szkola jest: -sfeminizowana- mezczyzni possli szukac uczciwej pracy w ktorej zarobia uczciwe gorsze nie plaszczac sie przy tym prze bezkarnym gowniarstwem -nieprzygotowana- zamiast realnego systemu wychowawczego mamy belkot amerykanskiej permisywistycznej i bezstresowej pedagigiki i psychologii ktora przezyla sie kilkadziesiat lat temu -zbiurokratyzowana- dyrektorzy i nauczyciele zajeci sa pisaniem masy niepotrzbnych sprawozdan, dziennikow, projektow i planow. robia to po lebkach , dyrekcje to aprobuja. Praca "na pusto". Para w gwizdek. Efektem jest cynizm i przetracenie kregoslupa moralnego nauczycieli a w kosnekwencji uczniow -"przeinformatyzowana"- komputer wraz z internetem to zajecie i praca dla doroslego odpowiedzialnegho czlowieka a nie zabawka dla mlodego i niedoswiadczonego czlowieka. Dziecko powinno ksztalcic ducha i osobowosc poprzez czytanie, obcowanie z dzielami sztuki a takze prace i odbowiednie niewyczynowe cwiczenia fizyczne. - niedouczona- poziom kadry nauczajacej jest zatrwazajacy. Ludzie ktorzy pracuja w szkolach nie czytaja ksiazek nie maja zadnych idealow ani nie posiadaja zadnej moralnosci roznej od tej ktora wyznawal Kali. Zajeci bieganiem za jakims dodatkowym groszem, koreptycjami itp nie maja juz czasu ani sily na nachylenie sie nad uczniem potrzbujacym wsparciaczy pomocy -bezradna- nie ma spojnego systemu kar ani nagrod- sa wszechobecne mityczne "prawa dziecka" ktore owocuja jak widac- maj prawa tylkko bandyci i cwaniaczki- normalne dziecko nie sznuje szkoly boi sie jej i jest dla neigo miejscem udreki. Nader czesto nieswiadomej -zle zorganizowana- zgromadzenie w jednym miejscu 500 stwarzen najbardziej niemadrym wieku pochodzacych z domow gdzie jedynym kontaktem z dzieckiem jest co najwyzej wspolne ogladanie telenowel a rozrwyka dziecka- godzinne wysiadywanie przed grami komputerowymi albo czatem na gg , nie moze zaowocowac niczym dobrym. Mlodzez pozbawiona wzorcow (dominacja matek, ojcowie w pracy albo pod budka z piwem) jest nieprzygotowana na zycie w ZADNEJ zbiorowosci. Nie pomoga najpiekniejsze nawet poematy pedagogiczne- to pokolenie juz jest przegrane. A z nim przegrali ci ktorzy kiedyc beda chcieli dozyc spokojnej starosci w spoleczenstwie rzadzanym przez "produkty" takiej szkoly. My wszyscy juz dawno przegralismy.

 

Copyright by (C) 2007 by e-Polityka.pl - Biznes - Firma - Polityka. Wszelkie Prawa Zastrzeżone.

Kontakt  |  Reklama  |  Mapa Serwisu  |  Polityka Prywatności  |  O nas


e-Polityka.pl